Natychmiast opuścił pole i wyruszył w drogę do Jerozolimy, żeby pobierać naukę Tory w bejt ha-midraszu rabiego Jochanana ben Zakaja.
Jak wieść niesie, zdarzyło się to w wigilię soboty.
Przez całą dobę, to znaczy do końca soboty, Eliezer nie miał nic w ustach. W drodze, zmorzony głodem, podnosił z ziemi kamyki i wkładał je do ust, żeby oszukać spragniony strawy żołądek.
Kiedy przekroczył bramę Jerozolimy, od razu udał się do bejt ha-midraszu Jochanana ben Zakaja. Wszedł do środka i usiadłszy w kącie, zaczął płakać.
Zobaczył to rabi Jochanan i zapytał:
— Dlaczego płaczesz?
— Bo chcę się uczyć Tory.
— Czy już kiedyś się uczyłeś?
— Nie! Nigdy!
Zaczął go rabi Jochanan uczyć od podstaw. Najpierw zapoznał go z modlitwą Kriat Szma, potem z błogosławieństwami i na dodatek przyswoił mu dwie halachy. Cały materiał przerobiony w ciągu tygodnia Eliezer powtarzał w sobotę z pamięci. Przez osiem dni z rzędu wkuwał tak zapmiętale, że zapomniał o jedzeniu. W pewnej chwili pochylony nad nim rabi Jochanan poczuł z jego ust dziwny zapach. Zapytał go: