Mocno wzburzona taką propozycją wróciła do domu i z wielkiego żalu do męża przez trzy dni nie zanosiła mu jedzenia.

Czwartego dnia, kiedy gniew jej ostygł, poszła do więzienia. Zastała męża w stanie godnym pożałowania. Był chory. Ledwo żył. Przywitał ją jadowitym szeptem i złym wzrokiem:

— Oby Bóg się za mną ujął, bo ty, jak widzę, chciałabyś, żebym tu, w więzieniu, skonał. Wtedy będziesz mogła urzeczywistnić swoje pragnienia i wyjść za mąż za Natana.

Zabolały ją słowa męża.

— Skora jestem spełnić twoją wolę — rzekła. — Udam się do niego, ale najpierw rozwiedź się ze mną, żeby, broń Boże, nie doszło do wielkiego grzechu.

— Co ja słyszę? Miałem rację, twierdząc, że masz na niego chrapkę. Chcesz wyjść za niego za mąż.

— Oj biada mi, biada! Kto to słyszał, żeby mąż własną żonę posyłał do obcego mężczyzny i namawiał ją do grzechu z nim, byleby tylko on sam mógł opuścić więzienie.

— Idź już, idź! — zawołał mąż i odepchnął ją od siebie. — Zejdź mi z oczu! Niech się stanie wola Boga.

Zrozpaczona kobieta, pełna goryczy, wróciła do domu. Nie wiedziała, co z sobą począć. W końcu przemogła się i powodowana współczuciem do nieszczęśliwego męża postanowiła spełnić jego wolę.

Z ciężkim sercem udała się do domu Natana. W drodze szeptem modliła się do Boga.