Śmierć mnie woła. Na próżno! Umrzeć już nie mogę!

Słońce na duchy nasze, dla nieba zbyteczne,

A dzielące z kwiatami swój czar i przewinę,

Patrzy jako na żywe zegary słoneczne,

Gdzie cień chabrów miłości wskazuje godzinę.

Dłonie nasze, splecione w szczęścia niepodzielność,

U stóp brzozy przygodnej — wobec szumów łąki

Skruszyły w swym uścisku wzajemną śmiertelność,

I nie masz dla nich czasu — i nie masz rozłąki!

A czas nastał. Wiodąca wzwyż duchów załogę