Co się grążyła kolejno w ziół sploty
I właśnie w złotą kędyś motylicę...
A ta — zmącona — rozchwiała swe loty
I znikła w bruzdach, jak gdyby tam — w toni
W nic się rozwiązał nagle supeł złoty...
I, gdym wyskoczył na brzeg — jeszczem o niej
Coś śnił, z radości zaciśnięte pięście
Wtłaczając w kwiaty i węsząc jad woni!
Gdzieś — na dnie duszy zaczajone szczęście —
Wybiegło ze mnie na słońce, na kwiaty,