Dość mi wbiec w gęstwę, by stać się tam drzewną
Zmorą, dębowi jakiemuś rówieśną!...
Chcę nagłą wiedzę o sobie, snem śpiewną,
I już od dzisiaj w duszy nieustanną
Głosić ze wzgórza w tę ciszę rozwiewną!
Chce mi się w śnieżność księżyca wbiec sanną
Wzwyż rozszalałą, nim szepniesz ust skrajem
Czy mnie wieczorną wolisz, czy zaranną?...
A choć obydwie zazdrosne nawzajem,
Obydwóm przysiąż zarówność kochania,