I już me oczy nie wierzą, nie wierzą

W barw niespodzianość, w możliwość błękitu

I czarnej barwie odtąd przynależą.

Coraz to mniej w nich patrzenia i świtu

I przejrzyścieją, jak umarłych dłonie,

Przez które widać złotawość niebytu...

W śmierci się złocę, niby słońce w klonie,

Bo jestem z rodu, co umiera właśnie,

Gdy po raz pierwszy pomyśli o zgonie!»

Mówiła — a jam widział, jak mi gaśnie