Niosłem przez gąszcze, przez cienie, przez kwiaty

I przez ten wieczór, co światłem majaczył,

Jakby ją dźwigał wraz ze mną — w szkarłaty.

Gdzieś wpobok dąb się od wilgoci paczył

I skrzypiał w sobie lub gałęzi skurczem,

Jeślim o gałąź zwłokami zahaczył.

Gdzieś wpobok — w dziuple, czy w gnieździe wiewiórczem

Nagły się szelest ozywał i ciszę

Łamał na dwoje w jej skupieniu twórczem...

Gdzieś wpobok czułeś, jak mrok chłodem dysze