W gęstwie, gdzie tylko jeden liść bezwcześnie,

Bo po dziennemu lśni się i kołysze...

A my szli ciągle — oboje, jak we śnie, —

Z jednakim trudem, z jednakim pośpiechem

I nierozłącznie i tak jednocześnie!

I, gdyby ziemia rozległa się echem,

Tobyś rozpoznał czworga stóp odgłosy:

Tak razem szliśmy, senni śmierci grzechem...

Niosłem ją pilnie, jak nocne niebiosy

Niesie nurt rzeki w zwierciadeł pochwycie,