Pełniąc się nimi po brzegów ukosy.

Tak ciągle miałem w oczach jej odbicie,

Wciąż przepełniony aż po ramion brzegi

Ciałem, co ciszą wezbrało obficie...

Wieczór, przesiany poprzez drzew szeregi,

Na twarz jej bladą i na pierś niewzbronną

Kładł złote pasma i szkarłatne piegi.

I taką jeszcze światłami osłonną

I piegowatą — wniosłem do świetlicy,

Gdzie dla niej jednej dość było przestronno.