I już się w Bogu grążył swym nadmiarem,

Na ziemi mało mając do roboty.

Wbiegłem na pokład i ciała ciężarem

Przywarłem duszę do miejsca, aż zbladła

Bez tchu — błękitnym drgająca oparem...

A wonczas, mącąc mórz jasne zwierciadła,

Wyspa się w nagłe rozluźniła cienie

I rozechwiała się w szmer i — przepadła!

Fale się nad nią we ślubne pierścienie

Skędzierzawiły... Gdym zliczył secinę —