Jakie tam przy okazji wystąpiły propozycje, łatwo domyślicie się, szanowni koledzy. Uczciwa, choć niedoświadczona dziewczyna, pamiętając o przestrogach opiekunki, odparła je ze wstrętem. Łotr jednak tatko, dla którego skrupuły podobne nie istniały, wpadł we wściekłość i wygnał z domu sierotę.
-–„Ha! Wtedy — mówiła biedna Maria — porwała mnie złość. Klękłam na bruku i przysięgłam Bogu Najwyższemu, że już do tego domu, gdzie chcą duszę moją zgubić, skąd mnie gorzej, niż psa wypędzają, nigdy nie wrócę. I powiadam, że i dziś bym nie wróciła, chyba, żeby Bóg za taką dobroć moją oddał mi córeczkę.
Potem z naszej ulicy uciekłam jak wariatka, sama nie wiedząc gdzie. Chciałam iść do jednej stróżki znajomej, ale mi wstyd było i nie poszłam. Potem pomyślałam, że najlepiej zrobię, jeżeli się w Wiśle utopię, i pobiegłam na most.
Póki ludzie czuwali i światła paliły się w domach, chodziłam po moście i mówiłam sobie tak: — „Jeszcze się popatrzę na Warszawę, to znowu na Pragę, to na Saską Kępę, a potem skoczę w wodę.” Takem się zamyśliła, aż naraz zrobiło się strasznie pusto na ulicach. Wtedy, mówię panu, taki lęk mnie ogarnął!... Zdawało mi się, że się most załamuje, albo woda podnosi, to znowu... Albo ja już wiem, co mi się nie zdawało!
Ach! Od jednego razu jak nie zacznę uciekać, jak nie zacznę... Jeszcze trzeba było nieszczęścia, że za mną leciał ktoś na ulicy... Małom nie padła!
Stanęłam pod murem i słucham, i słucham: idzie ktoś, ale nie z tej strony, co mnie gonili, tylko z drugiej. Idzie sobie i gwiżdże...
To tak szedł i wygwizdywał sobie pan Stefan. Wtedy narazzaczęłam płakać, sama nie wiem nawet czego...
Pan Stefan zobaczył mnie i stanął.
—„Coś ty za jedna? Czego płaczesz?...”
—„Sierota jestem, panie, a płaczę, bo mnie ojciec z domu wygnał.”