pierwszy dopadł padliny, jak monsigniore, jak ona sama, kiedy już
ani młoda genialna z rękami w kieszeniach
jak w środę, ani jak w sobotę: przestraszona niemłoda niemrawa.
Nic w ogóle. Znowu urodziny
kolejnego życzliwego boga. Z mądrości natury wynikał
zimny śnieg. Jakiś pan szanowny
rzucił jej do spódnicy nową paczkę zapałek. — Masz
śmiertelna dziewczynko — powiedział. — Baw się.
Szukaj, aż się doszukasz. He he.
Cóż, znów zapaliła zapałkę i było jej raźniej