z tym światłem szło spojrzenie. Więc jest —

więc jesteśmy!

Szarpnęłam drzwiami. Na dole

nikogo. Weszłam

ciemnymi schodami na górę: oparty plecami o okno

stał on — Nosferatu, wampir. Ta właśnie twarz

kredowa

jakby przerżnięta blizną — ale gładka.

W ogromnym pokoju

stół i dwa krzesła. Płonął ogień. I ta oczywistość: