zanikam... rozpadam... — i jakoś zupełnie

schrypłam. Było mi zimno. Odwrócił

głowę. Nad sztywnym, czarnym kołnierzykiem

czaszka z napiętą skórą. Niespodziewanie

wyciągnął rękę:

otwarte sine palce z pazurami. Była

twarda, lekka. Niech będzie jak jest —

i ścisnęłam ją. Położył głowę

na stole

obok naszych rąk. Och, pomyślałam, dość, każde z nas