bezdenne. Próżno wtedy wielkim głosem

wołałem, waląc się o ziem2: «Mój ojcze,

to ja! Wysłuchaj! Na koń! I z kopyta!»

I oto stanął obok mnie. Cielesny

tak dotykalnie, jak gdyby nie umarł,

tylko znużony nieco. Wpijał palce

w ramiona moje; źrenice zawarte

i coś, jak w zmorze, bełkotał językiem.

Uniosłem go na siodło. Już z galopa

ruszamy, radość piersi mi rozpiera,