Jestże więc Komedya rodzajem eposu podmiotowego, spowiedzi osobistej, jeno ujętej w formę olbrzymio-epiczną i zewnętrznemi wypadkami rozbrzmiałą?
Zanim się nam to wyjaśni i ażeby się wyjaśniło lepiej, wypada poruszyć niezmiernie ważny a ciekawy spór, który się wywiązał z powodu owej, dopatrzonej przez niemieckiego krytyka, Trylogii, „ein französischer Kritiker, Julian Klaczko”.
Jeśli wierzyć autorowi Wieczorów Florenckich, pogląd Wittego wynurza się w tysiącach form u badaczów Danta z „tamtej, t. j. wschodniej, strony Renu” i stał się niewzruszalną podwaliną, którą tylko nieśmiało próbuje ten lub ów podważyć. Witte poddaje wprawdzie tę chwałę w wątpliwość, ale sądzę, i widać to zresztą z ogólnego kierunku dzisiejszych studyów nad Dantym27, że czyni to raczej przez skromność. To pewna, że jego interpretacya to — znowu historya z jajem Kolumbowem: wyjaśnia ona w sposób prosty i logiczny, jednoczy co było rozstrzelone, zbliża poetę do wielkich poetów, czyniąc go bratem i zarazem, ze względu na wczesność, jakoby protoplastą duchów, co po szamotaniach serca i umysłu zawinęły do przystani.
Zdawałoby się, że ten rodowód Komedyi posiada tyle powabu, tak znakomicie potwierdza ogólną modłę rozwoju wielkich artystów, iż stanie się bezwzględnie obowiązującym i jakoś niezwykle potrzebnym. Możnaby nawet zapędzić się tak daleko, że przyznałoby mu się wyższość nawet w wypadku, gdyby temu i owemu faktowi przeczył. Ale właśnie opór mu stawi wspomniany Julian Klaczko, i to już od roku 185428, kiedy po raz pierwszy krytykował pomysły Wittego. W „Causeries” znajdujemy zarzuty dawniejsze jeno jaśniej wyrażone. Są one na pozór trafne i subtelne.
Oto niema zasady uważać Danta za rodzaj Manfreda lub Fausta, pojednanego z Bogiem. Takie rozumienie byłobystosowaniem nowych typów i uczuć do wieku odległego i nieznającego negacyi. Gdyby Dante przeszedł był koleje zaprzańca i bezbożnika, musiałby się swą przeszłością gorszyć i trapić i niewątpliwie umieściłby grzech wątpienia w najstraszniejszych kręgach piekła. On, tak boleśnie i głęboko odbrzmiewający własnemi wyrzutami sumienia przy każdej okazyi, nie powstrzymałby się od wybuchu żalu i chłosty samego siebie. Co więcej, kara na zatraceńców, na tych, „co wiecznie przeczą”, ich widok i zgroza musiałyby stanowić punkt szczytowy mystycznej pielgrzymki: a tymczasem poeta przechodzi obok sekciarzy i heretyków dosyć obojętnie, oczywiście, daleki od nich, i wogóle nie każe się dręczyć żadnemu wielkiemu sceptykowi, nie wysuwa na czoło zła żadnego wielkiego wroga Bóstwa, żadnego demona, ni Prometeusza. Słowem, nie tyle tem, co mówi, ile tem, czego nie powiedział, Dante dowodzi, że nie miał na sobie plamy odszczepieństwa. Niema przeto — zdaniem Klaczki — powodu dopatrywać się w jego życiu zboczeń od prostego gościńca niezachwianej wiary.
Odpowiedź Wittego dana Klaczce w pracy p. t. Trylogia Danta29, spokojna i życzliwa, nie jest obroną dosyć mocną i skuteczną. Niektóre wszakże jej punkta zasługują na uwagę i mimowoli okazują pewną powierzchność „francuskiego krytyka”. Nieprawdą jest jakoby Wieki Średnie, znając różne wątpliwości, nie znały „wielkiego wątpienia (le grand doute): owszem, od czasu wypraw krzyżowych szeroko się rozpowszechniły, zarówno na Zachodzie jak i na Wschodzie, zuchwała niewiara, wyszydzanie świętości i materyalizm bez wszelkich osłonek. Najwymowniej o tem świadczą wyroki soborów i synodów XIII-go wieku, potępiające cały odłam scholastyków niewiernych. Wreszciesam Dante wyznaje w Biesiadzie, że wątpił, czy „z Boga bierze się początek żywiołów”.
Powtóre, Witte nigdy nie czynił Danta Manfredem, ani Prometeuszem, i nie stawia go w sprzeczności z Bogiem: widzi w nim jedynie zwrot od utrapień filozofii do słodyczy wiary. Filozofia zaś była wówczas w poszanowaniu powszechnem, była niezbędnem tłem teologii, zajęciem wyższych umysłów, i w ogólności nie kłóciła się z religią — raczej ją uzasadnić pragnęła. To, co Danta pchnęło w objęcia Beatryczy, jako geniusza nauki świętej, było, nie skruchą grzesznika, lecz wolnym wyborem myśliciela, który Boga chwalił zawsze, ale teraz przekonał się o jałowości mędrkowania i chwali go bardziej wyłącznie i miłośnie30.
Jeden zwłaszcza argument Klaczki uważam za całkiem słaby, za rodzaj lapsus calami. Twierdzi on, że Dante — gdyby był kiedykolwiek bogobórcą — musiałby koniecznie umieścić w piekle Prometeusza i wogóle duchy prometejskie. Inaczej cała ta klassyczność, której bohaterów i bogów między innemi opiewa, pozbawioną byłaby swego serca, swego rdzenia. Ale o tem widocznie krytyk zapomniał, że Prometeusz był obrońcą ludzi, męczennikiem idei, ofiarą nizkich instynktów Olimpu, wrogiem boskiego samolubstwa i złości; że jego rola w świecie pogańskim była, rzec można, najbardziej chrześcijańską. Takiegoż więc ducha miał poeta ideałów chrześcijańskich rzucić na dno piekła, poeta, który naczelną zasadę świata widzi w miłości i tak przedziwnie odczuł nie-pogańską słodycz w Wergilim, iż go mistrzem i przewodnikiem swym uczynił! Czyż w męce Prometeusza i w rzewnej litości Oceanid nie tkwi najwyższa poezya braterstwa, odkupienia i obrony słabych i uciemiężonych?
Nie wiele lepszym jest następny wywód Klaczki, oparty na chronologii. Biesiada stworzoną była najpewniej około r. 1308 — 9, widzenie zaś mystyczne, będące przedmiotom Komedyi, wiąże się z rokiem 1300. Czyż jest więc możliwe, ażeby poeta już po napiętnowaniu ognistemi zgłoskami niebezpieczeństwa filozofii miał napisać dzieło sławiące ją jako prawdziwą szczęśliwość duszy, Władzcy niebios małżonkę, siostrę i córę najdroższą? Chybaby przeto wielki, surowy i prawy geniusz Danta dopuścił się grzechu kłamstwa i w spowiedziach swych odwrócił porządek tworzenia?... Tu znowu autor Wieczorów popełnia aż dwa błędy. Popierwsze, bezkrytycznie i bezzasadnie przyjmuje, że plan i większa część poematu były już gotowe w chwili, gdy się ukazała Biesiada; wbrew temu zaś wszystkie poważniejsze prace ustaliły, że poprzedziła ona przynajmniej o jakie lat 5–6 Komedyę. Powtóre, grzeszy w tym domyśle jeszcze i nadmierną prozą, skoro nie pozwala poecie, rozmyślnie otaczającemu się tajemniczym półmrokiem, oznaczać swego dzieła datą wcześniejszą. Jest to bardzo ciężkie uchybienie. Nic bowiem naturalniejszego i piękniejszego nad to, że poeta, chociaż przystąpił do swego arcydzieła dopiero około roku 1314–15, i wcześniej nawet przystąpić nie mógł — jak widać z pewnych wyraźnych zawartych w niem wskazówek — cofnął epokę świętej pielgrzymki rozmyślnie aż do wielkiego roku jubileuszowego. Wybieg ten uważałbym nietylko za nieczyniący ujmy surowości poety, lecz za przysparzający chluby artyście, za znamię wielkiego kompozytora, który do wielkich pomysłówumie dostrajać i wybierać wielkie chwile, mało się troszcząc o codzienną „prawdę” kronikarzów i molów książkowych.
Zresztą, dzięki temu pomysłowi pielgrzym po krainie wieczności może współczesne sobie wypadki opiewać jako nadejść dopiero mające, może więc sławić wieszczby i proroctwa, między innemi dowiedzieć się o przyszłych swoich tragicznych losach wygnańca; dzięki temu w Komedyi wzrastają mgły i uroki cudowności i fantazyi i jasnowidzenia; dzięki temu wierzy się, że ona jest wizyą.