Takie pojmowanie nie ma w sobie nic z czczego domysłu. Odrzucam fakta postronne, poddaję się naturalnej grze uczuć Komedyi, i oto co znajduję. Ta jej część najważniejsza, która stanowi osobną i niezależną prawie całość — która opiewa tylko zbrodnie i występki i składa się z Piekła i Czyśćca — ujęta jest w szczególne ramy. Ma ona w swym wstępie i w zakończeniu coś, co szczególnie porywa duszę i drga nadzwyczajną szczerością. W każdym innym utworze, któryby nie dźwigał na sobie całych Alp objaśnień i domysłów, dwa takie pokrewne i stanowiące jego oprawę momenta miałyby dla szczerego i wrażliwego czytelnika znaczenie wskazówki niezawodnej, jasnej i wymowniejszej nad wszelkie najuczeńsze wywody.

Cóż one opiewają? Pierwszy brzmi:

W połowie drogi naszego żywota

W pośród ciemnego znalazłem się lasu,

Albowiem z prostej zbłąkałem się ścieżki.

O, jakże ciężko teraz wypowiedzieć

Jak ten las dziki, gęsty i ponury!

Wspomnienie samo wznawia strach okropny,

Że śmierć zaledwie okropniejszą będzie.

A potem idzie opis potworów: pantery, lwa i wilka, które mu zastąpiły drogę, wiodącą z doliny grzechu, i wreszcie spotkanie wielkiego Mantuańczyka, Wergiliusza. Dziwnie wzruszającą jest rozmowa dwu wieszczów, z których jeden błaga o pomoc i ratunek, a drugi, „widząc łzy jego”, obiecuje wyzwolić go z sideł złego i poprowadzić przez państwa wieczności.