Wszyscy widzą w tym dzikim lesie jakieś puszcze filozoficznych zwątpień i przeczuć, w owych zaś bestyach — symbole zwierzęcych w człowieku pokus albo też stronnictw, które rozdzielały i rozdzierały Florencyę. Lecz czyżnie prościej i słuszniej byłoby zapytać epilogu tej wędrówki z Wergiliuszem, kresu właściwej pielgrzymki, i posłuchać co tam powiedziano o jej początku? A kres ten posiada wymowę iście cudowną. Jest to owo słynne z piękności pożegnanie się z Wergilim i napomnienie z ust Beatryczy, która wreszcie przebacza zbłąkanemu. Lecz cóż mu ona przebaczać może w tem ważnem miejscu, u celu pielgrzymki po krainie bólu? Cóż, jeżeli nie ów dziki ciemny bór? A czem był ten bór, to widać jak przez kryształ przez karcące słowa niebianki i wyznanie samego Danta, w którego żyłach „na widok jej każda kropla zadrżała” z obawy, skruchy i „wstydu ciężkiego”:

Lód, który ściął się wkoło serca mego,

Tchnieniem i wodą stał się, i z mej piersi

Z bólem się wylał przez usta i oczy.

A Beatrycze, tłómacząc swą surowość, mówi, iż chce, „by ją zrozumiał ten, który tam płacze, a boleść jego równą była winie”. Albowiem był obdarzony od Boga i gwiazd wielkiemi przymiotami, lecz rola tem gorszą i dziwną się staje, im więcej zawiera w sobie dzielnej ziemnej treści, gdy ziarno złe i brak uprawy:

Czas jakiś licem wspierałam go mojem

I, młodociane ukazując oczy,

Wiodłam go z sobą torem prawej drogi;

Lecz skoro tylko stanęłam na progu

Drugiego wieku i zmieniłam życie,