Lubię rozmawiać ze zbiegami łódzkimi. Jeśli kłamią, to tak grubo, że poznajesz od razu; sypią liczbami tak wielkimi, że ci się wprost w uszach pomieścić nie chcą: 300 domów zburzonych, tysiące ludzi zginęło; w jednym jedynym domu na Cegielnianej 42 granaty zabiły 45 osób; 150 tysięcy łodzian (sic! ) jest pieszo w drodze do Warszawy.

Ten, co mi te cyfry podał, sam w największym popłochu uciekał z Łodzi, zostawił na pastwę losu swoje piękne mieszkanie, bogaty zbiór obrazów i bibliotekę złożoną z 5 tysięcy tomów. Tego przynajmniej wojna zbogaciła; przedtem był tylko popularnym adwokatem — teraz został mecenasem sztuki, bibliofilem. Na usprawiedliwienie Łodzi objaśniam, że pochodzi on z Warszawy.

Inni są mniej hojni i przeto cyfry ich o wiele skromniejsze, inni wreszcie mają nawet dumę specjalną — nie chcą uchodzić za prowincję i twierdzą, że tam właściwie nic nie zaszło. Jeśli przybyli do Warszawy, to dlatego, że się obawiali o swoje rodziny.

Wszyscy zaś z jednogłośnym zachwytem opowiadają o strzelcach polskich. Sławią ich nadzwyczajną urodę, wdzięk i młodość; tak pięknych mundurów i kasków ułańskich, przypominających czasy księcia Józefa, nie widzieli. Są widocznie pod wrażeniem tych niezwykłych gości, ale stale podkreślają, że to „piękny teatr”. I zostało im wspomnienie, jak po widowisku teatralnym.

Przyznam szczerze, że im tego widowiska bardzo zazdroszczę. Teatr? Wszystko u nas zawsze odbywało się teatralnie, zwłaszcza gdy na scenie wypadków zjawiał się ułan. Ale cóż robić, sam jestem takim niedoszłym ułanem i noszę w duszy głęboką wiarę, że oni się bić umieją...

I każdy piękny sen jest czymś teatralnym.

A taki teatr, jak strzelcy, to zarazem teatr historyczny. Jakkolwiek bądź, ludzie ci, moi przyjaciele i koledzy po piórze, moi współpracownicy i towarzysze wieczorów krakowskich, przejdą do historii, jako drugie Wesele378, które się jednak nie skończyło zgubieniem złotego rogu. Prawda, sznur pozostał, stryczek jest dla wszystkich skręcony, wódz naczelny dziś znowu dał to do zrozumienia, ogłaszając nazwiska dowódców polskich pułków, ale ludzie z tej chaty bronowickiej nie tylko śnią, niejeden z nich zginął i chwała mu!

Ranek się już zbliża, gdy słowa te piszę. Czerwony ułan jak gdyby żywy stał przede mną. Może przybył do Łodzi i poszukiwał i dopytywał się o mnie, to tak bardzo możliwe! Tylu znajomych mam, tyle nawet śród nich kobiet przybyło z Krakowa, że przecież łatwo się mógł znaleźć ktoś, co obiecał żonie, że mnie zobaczy — a może i przywiezie mnie...

A jednak jest w tej asyście strzelców coś smutnego, naprawdę motyw krwawego omamu z Wesela. Przecież ci ludzie od czterech miesięcy harcują dookoła Warszawy, a dostać się nie mogą. Byli już w Lubelskiem, w Kieleckiem, w Piotrkowskim, w Radomskim, w Warszawskim, a pewnie w Kaliskim i Płockim, Lubelskiem, w Kieleckim, w Piotrkowskim, w Radomskim, w Warszawskim, a pewnie w Kaliskim i Płockim, w stu miastach czekali na znak, żeby się uszykować w pochód triumfalny do Warszawy — daremnie. Bywali od niej o dwie mile, może z sercem zamierającym czekając wyniku walki — i nie weszli. A wszędzie, jak słyszę, mieli miny tęgie i wiarę w sprawę. Jednak to był jeszcze Chochoł z Wesela! Grać mógł tę samą krwawo-słodką melodię, ale do innych słów, również opiewających daremność. A może grał ją na trąbie pruskiej — dla jeszcze większej ironii?..

Czy ta Warszawa, której się wydaje, że przechodzi chwile tragiczne, domyśla się chociaż, jaka tam o dziesięć-piętnaście mil, w Łowiczu lub Iłowie, rozgrywa się tragedia straszliwej żądzy — pożądania niesamolubnego przecież, lecz — dla Polski całej, dla Warszawy? Oto ziściło się marzenie tylu lat i wyszli walczyć po polsku, po dawnemu, o niepodległość, pewni, że przeciw ścianie bagnetów rosyjskich wyruszyli także z bagnetami. Ale ściana jak była, tak została niewzruszoną, owszem, zpotężniała, zgrubiała o kilka milionów karabinów, idących aż „od brzegów Oceanu Spokojnego”...