To już nie literatura, to już nie poezja, to barwna jawa, która mogła być wspaniałą, ale przez Chochoła znowu przeczarowana w sen.
Rzeczywistością stało się co innego: Warszawa złorzeczy tym synom i dzieciom krakowskim, że walczą o wolność...
A druga rzeczywistość, w którą jednak trudno mi uwierzyć, to, że armia austro-niemiecka szarpie jak może szeregi rosyjskie, i czyni to tym razem nawet nie po dyletancku, ale cóż, kiedy na miejsce jednego pułku, wyciętego lub wziętego do niewoli — wyrasta sto innych.
Dziś zresztą inną znowu znalazłem formę dla mej filozofii wojny. Pomogła mi w tym pewna jejmość, która cudem jakimś przybyła z samego południa guberni kieleckiej. Tam właśnie, do pewnego większego majątku radzono mi niedawno jechać, i czekać sposobności przedostania się do Krakowa. Oczywiście — dziś, gdy Kraków jest oblegany, nie na wiele by mi się ten majątek przydał.
Dominium było dobrze zagospodarowane; duży dwór, piękny inwentarz, holendernia379 z osiemdziesięciu krów złożona, zasobna stajnia itp. Teraz została tylko ziemia, literalnie, sama ziemia. Wszystkie trzy narody przeszły przez nią i każdy obszedł się ściśle wedle swego charakteru.
Austriacy byli przyzwoici, ludzcy, za rekwirowane zboże i konie płacili i nikogo nie skrzywdzili. Tacy ludzie nie mogą zwyciężyć — takich się lubi i bierze do niewoli. Bać się ich niepodobna. Gdy raz pokpili sprawę w Lubelskiem, na psy zeszła sława Bartka — zwycięzcy, i nawet niemiecki Michel od tego czasu poradzić na przegraną nie może.
Niemcy postępowali inaczej: zabrali wszystko, krowy, konie, sprzężaj380, meble, zapasy, wykopali kartofle, jarzyny — nie zostawili nic, nic, co miało jakąkolwiek wartość, gruntowni, bezwzględni, ale nie w wielkim stylu. Tacy też nie mogą zwyciężać — to szarańcza, która przechodzi jak tuczą — ale przechodzi, bo szarańcza musi przejść.
Rosjanie — jako że byli na ziemi swego rządu, całkiem inny mieli system: nie rabowali, tylko niszczyli, tłukli, darli, palili. Niemcy lubią „wartości” — Rosjanie — mongolski step. A czując się zawsze po stepowemu wyposzczonymi, gwałcili w pobliskim miasteczku wszystkie kobiety, nie wyłączając leżących w połogu.
Taka pogarda dla podstawowych instytucji społecznych, własności i cnoty, taka szerokość natury i brawura swobody — musi zwyciężać. Ona zawsze wzbudza ufność, szacunek i strach. Chłop polski i dziś, jak widać ze zgodnych relacji, nienawidzi „pańskiego” i lubi patrzyć, jak je obracają w wióry. A co do gwałcenia — to umie być wyrozumiałym.
Zresztą tęskny okrzyk starszej dziewicy w byronowskim Don Juanie: „Kiedyż u licha zacznie się gwałcenie?381” — dzisiaj po udekorowaniu Kozaków kwiatami, może nie byłby li tylko złośliwym wymysłem.