Ojcze, ja wzywam Cię!

Tak śpiewał poeta-żołnierz, równo sto lat temu poległy, a z jego słowami na ustach umierają teraz na Polskiej ziemi jego rodacy.

Zrosili ją bardzo krwią swoją. Na polach, nieopodal rowów i okopów, którymi są przerżnięte w różnych kierunkach, jakby pasmami kretowisk dla olbrzymów, czerwienią się jeszcze niewielkie bajory krwi. A nigdziem jej tyle nie widział, co w opuszczonym lazarecie w Brwinowie. Smutny szpital! Przed budynkiem w ogrodzie kupy krwawych resztek i śladów; trawa czerwona od zeschłej krwi, pościel krwawa, stos mundurów i czapek żołnierskich, w których krew zastygłą można by krajać jak bulion nożem. Tu jeszcze ucho moje słyszy jęki i westchnienia, a przede wszystkim płacze... A byli to ludzie tęskniący i czujący, że umierają na obczyźnie, posłani na rzeź, nie wiadomo po co i na co. Listy, pocztówki, skąpane w dżdżu i krwi, mówiły głośno, że kto się umie bawić w takie cywilizacyjne zbytki, jak pisanie i odbieranie takiej masy listów, temu umierać trudniej, a być zwyciężonym — łatwiej.

To też gromadka tych niewczesnych zdobywców Warszawy leży w mogiłce, oznaczonej kilkoma krzyżykami, naprędce zestruganymi, ku wielkiemu dziwowisku miejscowego ludu, który nie wiedział, że — Niemcy to chrześcijanie.

Nie mogliśmy się wszakże dowiedzieć, gdzie pochowano owego wielkiego dygnitarza, księcia czy generała, który przyjechał tu w czasie bitwy i niespodzianie prędko również świat ten pożegnał. Przyjęła go wśród grzmotu dział warta honorowa, oficerowie wyprostowani salutowali, potem zastawiono stoły na ucztę w lesie, a gdy biesiadnicy pili zdrowie swojego cesarza — prask! Padł granat, oficerów zmiótł jak kieliszki do wina, a wielkiego księcia czy dostojnika tak przeobraził w okamgnieniu, że żołnierze ponieśli tylko jakąś krwawą masę w obrusie, ażeby ją oddać ziemi.

Nie brałem tych rzeczy do serca. Obfitość wrażeń i budzonych przez nie refleksji nie pozwala zastanawiać się. Zresztą, chwilami bywało mi wesoło. Do Pruszkowa straż ogniowa w złotych kaskach przyprowadziła około 40 jeńców. Zebrało się tylu z różnych miejsc, w których Niemcy, zapóźnieni w odwrocie, ukrywali się, a potem przed pierwszym spotkanym, a nawet przed wiejskimi babami, rzucali broń i błagali o łaskę i kawałek chleba. Dla wielkiej ciżby zgromadzonej na peronie była to uciecha, gdy ich, głośno licząc, strażacy wciągali po stromych stopniach do wagonu sanitarnego, przerobionego z towarowego. I jeńcom było raźniej, byli to przeważnie Polacy, jak większość tych wynędzniałych, zziębniętych i głodnych, których co kilka godzin prowadzą ulicami Warszawy.

Jest to bowiem ogólna likwidacja wielkiej bitwy. O dwie, trzy mile od miasta i tam, gdzie byłem z swymi towarzyszami, jeszcze padają jakieś zabłąkane kule i pękają szrapnele — a w samej Warszawie rozpoczął się nowy, końcowy akt widowiska: prowadzenie wziętych do niewoli. Ilekroć usłyszysz z dala okrzyk pauprów249: „Wiluś! Wiluś!”, bądź pewnym, że zobaczysz zwartą kolumnę gapiów, eskortujących krok w krok z żołnierzami rosyjskimi — partię Niemców w pikielhaubach lub czapkach bez daszków albo ułanów austriackich w niebieskich mundurach, dobrze podszytych futrem, ze złotą frędzlą z tyłu, i czerwonych spodniach. Niektórzy idą smutni z spuszczonymi głowami — niektórzy uśmiechają się do gawiedzi, gwarzą lub usiłują gwarzyć po polsku. Dobry ludek warszawski pomimo drwiących okrzyków cieszy się swojakami, daje im papierosy, brata się.

W ten sposób odbywa się już częściowo Zjednoczenie Polski...

W wieczór moje usposobienie, ożywione i podniecone, minęło. Pokój własny to zawsze gniazdo refleksji. Liryzm, wnioski i uogólnienia, zapewne zbyt pośpieszne, obsiadły mój mózg. Powiedziałem sobie, że Niemcy przy całym swoim rozumie, dowiedli odwiecznej głupoty, wybierając się na wojnę do kraju, gdzie pola nie są wyściełane pierzynami. Uwagami tymi i spostrzeżeniami podzieliłem się z kilkoma dziennikarzami — nazajutrz znalazłem je w jednym z „Kurierów” — zostały zarekwirowane. Z tym burżujskim poszanowaniem życia swojego i umiłowaniem wygód mieszkać tydzień cały w zimnych rowach, chorować w lazaretach, które tym się tylko różnią, jak ów brwinowski, od cel obskurnego więzienia, że na jedną zamiast jednego mieszkańca przypada trzech!

Żeby tu mieszkać, trzeba być mniej przywiązanym do ładu. Chłop polski lub rosyjski nie ma w domu pianina, elektrycznego światła i wygód angielskich, jak ci włościanie niemieccy, u których nieraz zdarzało mi się nocować.