Przy tym chłopa słowiańskiego można posłać na „wybitkę” — parę korpusów polegnie, nawet parę armii, ale w końcu nieprzyjaciela się dosięgnie. Lawina wojska jeśli się toczy bez przerwy bez liczby, może pokryć lawę granatów i szrapneli. Jest to co prawda metoda prosta, ale skuteczna. Potrzeba tylko, ażeby w perspektywie przyszłości było dużo płodnych małżeństw dla wyrównywania szczerb w zaludnieniu, ale w tym kmieć słowiański jest zawsze tęgim majstrem. Przyzwyczajony jest do dzieci i do lodu. Stąd pewne przysłowie: „Dzieci jak lodu”.

Z taką metodą akademicką sztuka wojenna niemieckich lejtnantów250 w monoklach nie da sobie rady — to trudno.

Likwidacja wielkiej bitwy pod Warszawą dokonywa się szybko.

Nic nie warczy złowieszczo nad głowami, nic nie grzmi i nie ryczy za murami miasta. Głęboki spokój wstąpił w serca mieszczuchów — ulice wyglądają jak przed gwiazdką lub święconym.

27 października, wtorek

Skarżą się różni magnaci, którzy po 30 latach pracy nauczycielskiej lub literackiej zdołali sobie kupić dwa arkusze gruntu na przedmieściu i postawić na nim domek z tektury, że im w ogródkach grzebią poległych Prusaków. A w dodatku chowanie odbywa się bez wielkich zachodów; wykopią dołek na łokieć głęboko, potem nieboszczyka przysypią ziemią — i to się nazywa mogiłą. Gdy przyjdzie większa ulewa albo pierwsza odwilż i cienką kołderkę spłucze, biedny Niemiaszek przedstawi się magnatowi w całej swojej nagości.

Takich ogródków lub poletek zamienionych na cmentarze — setki i tysiące.

Albowiem teraz, panie dobrodzieju, jak wojewoda z Mazepy251, „grzebiemy ryczałtem”; komuś w okolicach Piaseczna zafundowano tuż przy letniaku 21 nieboszczyków. Gdzie indziej znów spoczywa sobie w blindażach, z lekką głową, a właściwie bez głów spora gromadka Niemców, i jakoś nikt nie spieszy z pochowaniem. Podobno szukają głów, a że znaleźć nie mogą, więc czekają, aż kundle i kruki ułatwią robotę. Owdzie, w okolicach Góry Kalwarii, rzucono do wspólnego dołu kilkaset zuchów niemieckich — winszuję sąsiadom przyjemnych snów.

Tam znowu... Przepraszam, chciałem zacząć wyliczać — zapomniałem na śmierć, że to Jaśnie Wielmożna Pani „Europejska”, najbardziej ideowa, w obronie ludów walcząca wojna. Zapomniałem, że taka dostojna Jejmość operuje tylko bardzo wielkimi cyframi.

Nie lubiłem nigdy statystyki — na uniwersytecie nudziła mnie, jako lektura usypiała. Przeklinałem ją — teraz klątwy moje się ziściły. Statystyka wzięła w łeb. Kto by chciał teraz obliczać poległych, rannych, osieroconych, spalonych, złupionych, żywcem pochowanych, musi zerwać z pokurczem statystyki. Trzeba wprowadzić takie miary, jak np. tony, zamiast funtów i pudów. Na przykład każdy dzień przynosi 3000 ton nieboszczyków: pod Warszawą, Mławą, Rawą, Gandawą, Bakałarzewem, Serajewem, Sochaczewem, Ossowcem, Krakowcem, Liègem, Sandomierzem, Modlinem, Dęblinem, Lublinem, Turobinem, Lwowem, Ciechanowem, Tomaszowym, Augustowem itd. itd.