Śmierć przestała robić wrażenie i rannych nie obrzuca się już kwiatami, bo na to nie starczyło by całego Szirazu252 róż, całej Parmy253 fiołków i całej Prowancji storczyków. Przy tym żołnierz lub oficer nieranny nie ma żadnego sensu. Dzienniki wszystkie podają co dzień kilkanaście opowiadań o cudownych bohaterstwach — ale tego nikt nie czyta, bo heroizm staniał okropnie. Wyszukane heroizmy, heroizmy istotne, poświęcenia bezgraniczne, szały męczeństwa, czyny odwagi bajeczne — przestały być epizodami ciekawymi lub niezwykłymi. Z początku każda taka opowieść, każdy czyn wielkiego męstwa wywoływał entuzjazm i okrzyk: „To gotowa pieśń, to rapsod bohaterski!” albo: „To gotowa nowela Guy de Maupassanta254 z roku 1870!” A dzisiaj? Trzeba by stworzyć nową Mahabharatę255 i Ramajanę256, zasadzić do śpiewania 5000 poetów i pisarzy, przeznaczyć kilka kwadratowych mil papieru i kilka jezior mazurskich atramentu — ażeby spisać te wszystkie napaści i obrony, i wtedy dopiero powstałby monument — którego by nikt nie czytał. Ale byłby to monument wojny europejskiej rzetelny.

Jesteśmy wszyscy okrutnie zblazowani. Z zapałów i zachwytów, z nadziei i trwóg, została tylko drętwa obojętność. Nie jest to apatia weltschmerzu257 — lecz cofnięcie się od widowiska, które przybrało rozmiary tak niedorzecznie olbrzymie, jest tak przy swej straszliwości monotonne — właśnie z powodu owych tonn wszystkiego — tak bezmyślne i bezcelowe, tak nadludzko głupie, że nawet największy gawron zaczyna się nudzić i uczuwać coś w rodzaju obrzydzenia dla wszechhycla ludzkiego. Mars stał się zwyczajnym półgłówkiem — błaznem wszechludzkim, a cała wojna, owo wzajemne tracenie się milionów ludzi, czymś komicznym. Ludzie zaczynają się wstydzić siebie. A zatkanie świata całego przez trupy i armie tak odebrało życiu wszelki interes, wszelką możność rozpędu, że największe szlafmyce dają się brać na wojnę bez wielkiego oporu — tam przynajmniej poruszać się można.

Nikomu nic nie imponuje, nikogo nic nie straszy...

Lubię bardzo pomarańcze, zwłaszcza malinowe, które Niemcy daleko trafniej nazywają krwawymi, Blutorangen258. Ale kiedym się znalazł w Sorrento i mógł w każdej tak zwanej willi za dwa soldy dane ogrodnikowi zjadać prosto z drzewa tyle, ile dusza zapragnie — już nazajutrz nie brałem pomarańcz do ust. Nawet boski widok nieprzejrzanych ogrodów, osypanych złotym deszczem, to najbliższe uprzytomnienie raju — przestał mnie czarować. Wolałem patrzyć na jeden dymiący Wezuwiusz — niż na te miliony promiennych owoców.

Tak jest właśnie z wojną europejską. Za dużo rodzi krwawych jabłek. Więc nie dlatego, że braknie nam już łez i bólu, wściekłości i pogardy, że nie jesteśmy w stanie opłakać każdego korpusu poległych (pułki to śmieszny anachronizm), lecz że nasza uwaga, nasza władza poznawcza już nie chwyta na swoją kliszę tego rozpasania się liczby purpurowych głów.

Nie tylko brzuch nasz, ale i mózg zmieścić nie może takiej masy krwawych pomarańcz...

29 października, czwartek

Układa się przed nami taki oto wielki obraz.

W miarę jak milkną odgłosy bitew pod Warszawą i wojska nieprzyjacielskie zbliżają się do dawniejszych swych pozycji, na południe od Pilicy powietrze zapełnia się inną wrzawą. Idzie ona od prawej strony Wisły, od kresów ziem polskich, a potem i od wielkich miast rosyjskich. Na jej harmonię, zataczającą coraz większe, olbrzymie kręgi, składają się uczucia sympatii dla Polski i litości nad jej nieszczęsną dolą — jako jednego wielkiego pobojowiska.

Wybuch to spontaniczny. Warszawa nie skarżyła się, a Polska ran swoich nie pokazywała. Rosja sama odczuła wielkość strat i poświęcenia. Serca zabiły żywiej na widok pustyni i zgliszcz, rozpościerających się w kraju pracowitym, skrzętnym i przytomnym.