Przede wszystkim tedy „Najjaśniejszy Pan” przysłał do Warszawy księcia Leuchtenberskiego, ażeby jej podziękował za wierność, oddanie się poświęcenie w ciężkich dniach walki. Potem monarcha ofiarował dla zrujnowanej Polski 200 tysięcy rubli, dar iście królewski; a wreszcie poruszyły się wszystkie koła stołeczne, dawni i nowi przyjaciele nasi, i nawet dawni nieprzyjaciele, i zorganizowali w Petersburgu trzydniową kwestę. Instytucje, stowarzyszenia, banki, wybitni filantropowie dawali tysiącami rubli. Rozlewność natury ruskiej, szeroki gest zbudzonej rycerskości i odrodzone pobratymstwo szczepowe zaimprowizowały iście złoty most z narodu do narodu. Rzekłbyś, w Petersburgu chciano pokazać, co znaczy naród niezdolny do drobnomieszczaństwa, naród obarczony mnóstwem błędów i win, ale skory do rozmachu dobroci i uprzejmości bez miary.
Imię Polski stało się znów hasłem dnia, jak na początku wojny, kiedy słynna odezwa naczelnego wodza wprost zapaliła umysły entuzjazmem od Irkucka aż po Londyn, i kiedy o starej kulturze polskiej i niesprawiedliwie ciemiężonym narodzie zagadały naraz dzienniki całej Europy.
Znowu zaczęli w Rosji śpiewać i grać Jeszcze Polska nie zginęła i Z dymem pożarów. Pisma stały się głośne i wzruszone, jak bywają widzowie na dobrej sztuce. Uczczono nas artykułami niezwykłej piękności — jak na to umie się zdobywać literatura rosyjska z swą przebogatą skalą półtonów i muzyki. „Piotrogród — Polsce!” — te słowa widniały na czele dzienników — po prostu pałały jak na transparencie, widnym dla całego świata.
Oczywiście takie porywy czynią nastrój, stwarzają modę, są momentem uczuciowym, który nie zastąpi aktu porozumienia na trzeźwo. Są nawet weredycy259 i hipochondrycy, którzy tego gwałtownego wylewu sentymentów się obawiają.
Kto wie — myślą — czy jest zupełnie szczery, czy nie policzy Rosja tych darów wspaniałych na pokrycie książęcego obligu? I czy jest bezpiecznie przyjmować jakiekolwiek dary wtedy, gdy się otrzymywać powinno prawa?
I czy jest politycznie — odgrywać rolę przyjmującego jałmużnę? Polska z dumą dotąd znosiła swe ubóstwo; więc i teraz miałaby dość godności, żeby przetrwać swą niedolę materialną. Zrobiono ją żebraczką...
Gdzieś, na znacznej wysokości, wyczytać by można ledwo pochwytne słowa widma: „Quidquid est timeo Danaos et dona ferentes...260”
Czy to nasza wina, czy to niezdolność do zapału — że nawet wobec takiego przypływu szczerości chowamy w sercu nieufność? A może to raczej zwyczajna wędka chłopskiego rozsądku? Dlaczego rząd nie przychodzi z pomocą oficjalnie — jak to uczynił rząd niemiecki, przeznaczając na odratowanie Prus Wschodnich ogromną sumę 400 milionów marek?
30 października, piątek
Mój dawny towarzysz i rówieśnik, Aureli Kos, uważany jest za głupca. Sam on zaś ma się za idiotę. Popełnił w życiu tyle niedorzeczności, tak zmarnował skarby swej bogatej duszy na bezpłodne marzenia, na ciągłe pomimowolne czy umyślne odchylanie się od linii normalnej kariery, że w końcu musiał się stać prawie odludkiem, co jest pewnie rzadkością w nowych czasach.