Najpoważniej zapewniają, że właściwie były jedne i drugie i — wzajem brały się do niewoli na dwóch przeciwległych rynkach miasta — Geyera i Zgierskim; możliwe — cały ten krwawy Grunwald XX wieku składa się z takich szufladek.
Widać to zresztą i z komunikatów urzędowych, które się dzisiaj ukazały w pismach i są tak obszerne i zawiłe, że sforsować je można tylko z drobiazgową mapą w ręku. Pomijając niepotrzebną znowuż retrospektywność i powrót aż do połowy listopada — bałamuci i tumani pomieszanie obiektywizmu w szczegółach z plątaniną i zawiłością ogólnego schematu sprawozdania.
Ale w osobnym biuletynie wojennym jest coś, co stanowi proste i dobitne ceterum censeo375: „Sprawa obrony Łodzi straciła wszelką ostrość”. Słowem, przygotowują nas do tego, ze miasto bronione nie będzie, albowiem „dałoby to zarys nienaturalny (sic) naszemu frontowi i utrudnia związek z tyłami”.
Czekajmy tedy. A tymczasem może wielkie sprawy rozstrzygną się na drugim końcu Europy — w Rzymie.
Już odtrąciwszy nawet połowę na karb tendencyjności, trzeba przyznać, że w parlamencie włoskim można wyczuć wulkaniczne wstrząśnienia. Tam chyba naprawdę neutralności grozi wielkie niebezpieczeństwo. De Felice, Terri, Bissolati, Barzilai jej złorzeczą, a chociaż Pettolo pochwala, to jednak „olbrzymi nastrój” wywołuje Giolitti376, odczytując niedyskretnie depeszę do San Giuliana z 27 lipca zeszłego roku, w której Austria już wówczas proponowała Włochom wspólną akcję przeciw Serbii. A więc nie trzeba było zamordowania arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, ażeby ukartować napaść na Serbię! Straszne rzeczy!
Ale ja w prostocie ducha nie bardzo wierzę w ów gwałtowny nastrój antykoalicyjny. Gabinety są przyzwyczajone do rewelacji, kompromitujących sąsiadów i nawet sojuszników. A wielkie wojny wybuchają, kiedy chcą, bez pomocy uchyleń tajemnic dyplomatycznych. Tym razem Giolitti pokazał „politykę w majtkach kąpielowych”, według wyrażenia księcia Żelaznego, gdy zazwyczaj dyplomacja jest „reżimem trufli, depesz i szampana”. Włosi na widok takiego negliżu zaczęli wymachiwać rękoma, ale wprędce przypomnieli sobie, że i sami lubią negliż, np. przy zdobywaniu Trypolisu...
Oczywiście, sesja była historyczna, wielkie kredyty wojenne uchwalono, patriotyzm bił pod samo niebo, ale sytuację bodaj najlepiej rozumie duńska „Danemark”, gdy zapytuje: „Neutralność spekulacyjna — czy spekulacyjna neutralność”.
Już to samo zresztą, lecz w innych słowach, powiedziano wyżej.
W każdym razie wzrasta groźba powiększenia się kadrów wyzwolicieli ludów, więc spróbuję znaleźć osłodę w słowach Maurycego Donnaya377, godnych zapamiętania („Figaro”):
„Bądźmy przekonani, że po wojnie nastąpi era odrodzenia, że ujrzymy Francję piękną i wzniosłą — jej sioła i miasta zaludnione, prowincje, czerpiącą życie z własnych ognisk kulturalnych i społecznych, młodzież zdrową fizycznie i moralnie, literaturę i dziennikarstwo w wielkim stylu, nie goniące za mamoną, a przede wszystkim Francję pracowitą i dobroczynną, w której dla nikogo nie zabraknie ani pracy ani chleba. Bo gdyby miało być inaczej, gdybyśmy mieli powrócić do alkoholizmu, do walki stanów, do karierowiczostwa, do tanga, do kapeluszy damskich po 50 luidorów, do przedstawień deprawujących, do prześladowania za przekonania religijne, do nietolerancji w ogóle, do skandalicznych procesów i jeszcze skandaliczniejszych werdyktów, to wówczas ci, którzy dziś bronią naszego honoru i naszej ukochanej ojczyzny, mieliby prawo w imieniu swoim i tych co polegli, zapytać: «Czy na to przelewaliśmy krew naszą?»”.