Wówczas pan Kuliszer powstał, wskazał ręką na drzwi i nie podnosząc głosu, powiedział:
— Jeśli tak, to idź z nim w świat! Moja córka Szelames w tej chwili umarła, a ty, obca kobieto, nie przestąpisz już nigdy progu tego domu.
I wszyscy obecni zrozumieli, że padły tu nieodwołalne słowa — twardy, ostateczny wyrok.
Porucznik wziął pod rękę nieprzytomną prawie Sulamitę i wyprowadził, wyniósł niemal z ojcowskiego domu — na zawsze. Wówczas pan Kuliszer zwrócił się do pana Gawrona z dziwnym spokojem:
— Panie Gawron, czy zechce mi pan wyrządzić przysługę? Zbierz pan na jutro rano minię66.
— Minię... dlaczego minię? — wybełkotał przestraszony pan Gawron.
— Nie udawaj pan, panie Gawron, przecież dobrze wiesz, że u nas po umarłych mówi się minię67 i odprawia się szywę (żałobę). I to także dobrze wiesz, że u nas, nabożnych Żydów, syn wychrzta lub córka wychrzcianka powinni być uznani za umarłych i że ojciec ma prawo, a nawet obowiązek, odprawić po nich żałobne modły. Więc idź pan, panie Gawron, zbierz dziewięciu Żydów i powiedz im, że Dawid Kuliszer odprawia jutro modły po swojej umarłej córce.
Pan Kuliszer istotnie odprawił po swojej, dla niego umarłej, córce żałobne nabożeństwo, a później rozeszła się w miasteczku wiadomość, że likwiduje on swoje interesy, sprzedaje swój dom, las i tartak i wyjeżdża do Palestyny.
Pogłoska ta, której zrazu nie dano wiary, okazała się prawdą. Przyjechali jacyś ludzie z Warszawy, zakupili las i tartak. Dom swój pan Kuliszer zaofiarował na jeszywę68, która dotąd mieściła się w starej, na wpół rozwalonej ruderze.
Pan Kuliszer nie pożegnał się z nikim. Na kolej odprowadził go jedynie pan Gawron. Od owej soboty pan Gawron chodził bowiem za nim jak cień, zaniedbując nawet swe interesy.