Temu to panu Gawronowi obiecał pan Kuliszer napisać po przyjeździe do Palestyny, ale nie napisał ani do niego, ani do nikogo innego, po prostu utonął jak kamień w wodzie.
W dwa lata później, gdy o panu Kuliszerze zaczęli już zapominać ludzie, szła wolno ulicą, gdzie znajdował się jego dawny dom — obecnie jeszywa — młoda kobieta w żałobie.
Kilka osób poznało Sulamitę, ale nikt nie chciał, czy też nie śmiał zbliżyć się do „wychrzcianki”.
Kiedy młoda kobieta doszła już prawie do swego domu, spotkała na drodze szewcową, panią Rudzką. Rezolutna pani Rudzka zagadała od Sulamity.
— Pani pewnie do domu, do ojca?
— Tak jest — odpowiedziała cicho Sulamita. — Sama jestem teraz na świecie, więc może zlituje się i przebaczy.
— Pani droga — wyrzekła ze współczuciem szewcowa — nie ma pani po co tam chodzić. Pan Kuliszer wyjechał do żydowskiego kraju i nikt nie wie, co się z nim stało, a w jego domu jest teraz jakaś żydowska szkoła, czy też bożnica.
— Więc nie mam już nikogo na świecie! — powiedziała, a raczej pomyślała głośno Sulamita.
— A szanowny małżonek... to pani po nim nosi żałobę?
— Po nim i po małym moim Kaziu, umarli obaj w jednym miesiącu.