— Jezusie miłosierny — zaczęła zawodzić pani Rudzka — jakie to na świecie bywają nieszczęścia! I co pani ze sobą teraz pocznie...?
— Nie wiem — odpowiedziała cicho Sulamita.
— Ale nie może przecież pani zostać tak na ulicy... chwieje się pani na nogach... lada chwila pani upadnie — frasowała69 się poczciwa kumoszka. — Ja pani dam kawy albo dobrej mocnej herbaty z arakiem70 i pomyślimy, co dalej robić.
Pani Rudzka zabrała Sulamitę do siebie, ale już przy owej herbacie młoda kobieta zaczęła bredzić i opowiadać niestworzone rzeczy. Czy przyjechała już obłąkana, czy dobił ją ostatni cios: pusty dom rodzicielski i wiadomość, że ojciec przepadł bez śladu — tego potem nikt nie mógł ustalić.
Miała zresztą jeszcze tego pierwszego dnia pewne przebłyski świadomości i pani Rudzka dowiedziała się, że Sulamita nie była nigdy legalną żoną porucznika.
— On koniecznie chciał ożenić się ze mną — opowiadała — ale ja nie chciałam, wolałam z nim żyć na wiarę, bo myślałam, że ojciec prędzej mi przebaczy, gdy się dowie, że nie zmieniłam religii i nie brałam ślubu w kościele. Pisałam do niego, ale nigdy nie dostałam odpowiedzi.
— Boże kochany! — wzdychała pani Rudzka. — Gdyby pani choć wyszła jak się należy za mąż, to może przynajmniej jego rodzina zajęłaby się panią; a tak, co pani pocznie?
— Mnie niczego nie potrzeba, bo ja już umarłam — odpowiedziała tajemniczo Sulamita.
I wtedy pani Rudzka po raz pierwszy spostrzegła się, że Sulamicie „zepsuło się coś w głowie”. Następnego dnia zrobiło się jeszcze gorzej... Jak gdyby zaginęły ostatnie przebłyski rzeczywistości i Sulamita wciąż śpiewała lub opowiadała jakieś historie bez ładu i składu, bez początku i końca...
Rezolutna szewcowa zwróciła się do pana Dancigera, który przewodził w gminie żydowskiej, ale ten odpowiedział jej, że żydzi nie mają obowiązku, ani nawet prawa zajmować się chrześcijanką.