— Ja bym wolała z głodu zdechnąć niż żebrać! — mówiła. — Ale na szczęście ja mam swój fach.
I rzeczywiście w tym swoim osobliwym i mizernie opłacanym „fachu” była Dwojra prawdziwą mistrzynią.
W naszym miasteczku, jak zresztą i wszędzie, zapobiegliwe gospodynie zbierały gęsie i nawet kacze pióra na wyprawną pościel74 dla swoich dzieci.
Biedniejsze darły same te pióra, zamożniejsze dawały służącej lub wzywały Dwojrę Pierzarkę.
Znawczynie utrzymywały, że potrafią rozróżnić poduszkę lub pierzynę z gęsiego puchu wyskubanego przez Dwojrę od każdej innej.
Widocznie w najskromniejszym nawet zawodzie przejawić się może prawdziwy talent.
Gdyby tych zamożnych domów w naszym miasteczku było więcej, Dwojrze mogłoby się jako tako powodzić, ale ludzi majętnych lub choćby średnio zamożnych można było u nas na palcach policzyć.
Toteż Dwojra bardzo rzadko miała robotę, tylko od czasu do czasu zdarzało jej się takie szczęście. Tym bardziej, że z Panem Bogiem rozmawiała częściej o cudzych niż o swoich własnych sprawach.
Wielkie to było dla nas, dzieci, szczęście, gdy Dwojra przychodziła do domu dziadków.
Wolno nam było wtedy siedzieć cały wieczór w kuchni. Kucharka Chana piekła jabłka dla Dwojry, która obiecała jej wyskubać pierze na wyprawną pościel i, co ważniejsze, porozmawiać z Panem Bogiem, by nareszcie przysłał narzeczonego dla Chany.