— Czy Dwojra rozmawiała dziś z Panem Bogiem? — pytaliśmy się, kiedy skończyła już swoje bajki i odłożyła worek z pierzem, a Chana podawała jej pieczone jabłka.
— Dlaczego miałam nie rozmawiać? Mało to mam na głowie spraw, mało to nieszczęść jest w naszym miasteczku?
— Moja Dwojro — mówiła kucharka Chana — skoro wy tak często z Panem Bogiem rozmawiacie, dlaczego nie poprosicie Go o trochę pieniędzy dla polepszenia swego bytu?...
— Myślałam, że Chana jest za mądra na to, by zadawać takie głupie pytania, ale widzę, że się omyliłam! Jak ja mogę coś podobnego do Pana Boga powiedzieć! On mi zaraz na to odpowie: „Dlaczego ty się skarżysz, Dwojro? Czy ty śpisz pod gołym niebem i na kamieniach? Nie, masz swój kącik, za który płacisz rubel pięćdziesiąt miesięcznie, masz swój siennik i nawet pierzynę. Że tam skąpo trochę z jedzeniem, to za to cię nigdy brzuch nie boli z przejedzenia, jak te bogaczki, co pchają w siebie gęsi, szmalec, ryby, kugiel76 i nawet konfitury z malin... Kaftan na sobie masz, spódnicę takoż, gołym tyłkiem przed ludźmi nie świecisz, nawet chustkę na zimę dobrzy ludzie ci podarowali. Więc czego ty mi na próżno głowę zawracasz?”... Tak by mi Pan Bóg odpowiedział, a ja musiałabym milczeć, bo nie mogłabym Mu odrzec, że nie ma racji.
— No, a gdyby Pan Bóg przypadkiem nie miał racji, wtedy Dwojra odważyłaby się Mu to powiedzieć?! — zapytała zdziwiona Chana.
— Dlaczego nie? Ja z nim gadam szczerze. Pan Bóg nie lubi lizusów i pochlebców... Na przykład dwa tygodnie temu rozmawiałam z Nim o Ruchli Żołnierce i wręcz Mu powiedziałam, że nie ma prawa pozwolić, aby się działy takie rzeczy.
— Jakie to rzeczy, Dwojro?
— Ano, tam było tak: ta Ruchla mordowała się, aby wyżywić siebie i dziecko, kiedy jej męża do wojska zabrali i jeszcze jemu od czasu do czasu parę rubli posłała. Nareszcie ten Icek powrócił z wojska i zdawało się, że obejmie dawne miejsce w piekarni i będzie jej lżej żyć na świecie. Ale gdzież tam! Nauczył się w wojsku tak pić, że żaden goj więcej nie potrafi. Klnie ją, wyzywa ostatnimi słowami, do łóżka nie wpuszcza, bo brzydka jest, powiada, i śmierdzi śledziami! Takiego delikatnego pieska ze siebie stroi. Jaki to porządny Żyd powie, że śledzie śmierdzą? Przecież Pan Bóg głównie dla Żydów śledzie stworzył, żeby mieli przyjemność i pożytek! I jak Ruchla może nie śmierdzieć śledziami, kiedy ona nimi handluje? Ale to jeszcze nic... Tydzień temu srebrny świecznik szabasowy, który Ruchla po dziadkach odziedziczyła i jak oka w głowie strzegła, Ajzykowi Pijawce za byle co sprzedał, a pieniądze z paskudnymi kobietami przehulał i przepił. A gdy wrócił do domu, to Ruchlę za jej wymówki tak zbił, że dwa dni w łóżku leżała. Tego już było za wiele. Mówię tedy do Pana Boga: „Ty Ojcem naszym jesteś, a dopuszczasz, aby na świecie działy się takie rzeczy? Wiem, że masz dużo ważnych spraw na głowie, ale powinieneś je odłożyć i poratować tę kobietę, bo ona jest z nieszczęśliwych najnieszczęśliwsza...”
— A co na to Dwojrze Pan Bóg odpowiedział?
— Pan Bóg powiedział tak: „Dlaczego wy się ze wszystkim do mnie pchacie, a sami palcem nie kiwniecie, aby uratować drugiego człowieka?! Do mnie trzeba przychodzić, kiedy wyczerpały się już wszystkie wasze ludzkie środki i zabiegi, a nie tak od razu wszystko na mnie zwalać, bo to jest za łatwo i za wygodnie... Nie wiesz to, Dwojro, że owa Ruchla ma w Łowiczu siostrę za bogatym rzeźnikiem77? Napisz tedy do niej, do tej siostry, co i jak. Przecież serce siostrzane nie kamień, przyjedzie i zabierze ją z dzieckiem do siebie”. I co powiecie? Jak Pan Bóg powiedział, tak się stało! Poszłam do naszego mełameda78, wszystko mu szczegółowo opowiedziałam, a on taki list napisał, że król Salomon79 lepiej by nie potrafił. Nawet za znaczek pocztowy wziąć ode mnie nie chciał (niech mu Pan Bóg za to da zdrowie), bo powiada: „Tyś, Dwojro, ode mnie biedniejsza”. Przyjechał tedy po Ruchlę szwagier. Cała osoba! Palto z karakułowym kołnierzem, kapelusz, złoty łańcuch od zegarka wisi mu na grubym brzuchu. Zabrał Ruchlę z dzieckiem do siebie, powiedział, że rozwód przeprowadzi i może nawet za porządnego człowieka ją wyda. „Mnie stać na to”... wciąż powtarzał. I nawet mi za list dziękował i mówił, że jestem mądra kobieta, że się do niego zwróciłam. Nic dziwnego, nie wiedział przecież, że to nie z mojej głupiej głowy wyszło, tylko Pan Bóg mi tak poradził...