— A dla siebie Dwojra o nic Pana Boga nie prosi?
Dwojra się jak gdyby zawstydziła, lecz po chwili odpowiedziała:
— Owszem, ja się często Panu Bogu naprzykrzam i ja go wciąż o to samo proszę... wciąż mu przypominam tę szyfkartę80.
— Jaką szyfkartę?
— Ja go proszę, aby mój syn z Ameryki przysłał mi szyfkartę, abym ja mogła jechać do niego. Po pierwsze to znaczyłoby, że on się w tej Ameryce czegoś dorobił i wyszedł na ludzi, po drugie, że o starej matce nie zapomniał, a po trzecie, że ja go jeszcze przed śmiercią moimi oczami oglądać będę. Ot, co wszystko razem wydrukowane by było dużymi literami na tej szyfkarcie!
I mówiąc to, Dwojra patrzyła przez ciemne okno kuchni, jak gdyby tam, gdzieś w obłokach, między srebrnymi gwiazdami zawieszona była karta okrętowa, wiodąca przez dalekie morza do krainy Cudu...
— A Pan Bóg, czy obiecał tę szyfkartę? — pytamy poważnie, bo jakoś zaczynamy wierzyć w to, że Dwojra naprawdę z Panem Bogiem rozmawia.
Ona zaś odpowiada poufnym szeptem:
— Obiecał, na pewno obiecał, tylko kazał cierpliwie czekać, bo — powiada — w Księgach Przeznaczenia zapisana jest na każdego jego kolej, a moja jeszcze nie przyszła, więc nie można zmieniać dla mnie całego porządku...
W kilka miesięcy później rozeszła się w miasteczku wiadomość, że syn z Ameryki (niech mu Bóg da zdrowie) przysłał Dwojrze szyfkartę i kilkanaście dolarów.