Dwojro Pierzarko, ty, która za życia dawałaś ludziom, co tylko mogłaś i więcej, niżeli mogłaś, nie przypuszczałaś chyba, że i po twojej śmierci ktoś cię wykorzysta.

Nie rozumiałaś na pewno znaczenia słów „plagiat literacki”, a gdybyś nawet rozumiała, na pewno byś mi wybaczyła.

A jednak nie chcę popełnić plagiatu i zaznaczam, że twoje jest to opowiadanie o okrutnej zemście i o świętym przebaczeniu.

Twoje są, dokładnie przeze mnie powtórzone, słowa.

A jeżeli nie przemówi do ludzi ta opowieść, jak ongi do mnie przemówiła, to chyba dlatego, że nie zawtóruje tym słowom promienny błysk twoich niby to starczych i przygasłych oczu i mądry, łaskawy uśmiech twoich warg bladożółtawych jak zawiędłe płatki kwiatu.

Znacie przecież te dwa domki obok kościoła, prawda?

W pierwszym, przy samym kościele, i teraz jeszcze mieszka zakrystian, w drugim jest piekarnia Fiszla.

Otóż za dawnych czasów, kiedy was jeszcze na świecie nie było, a ja miałam wszystkiego szesnaście lat, w pierwszym mieszkał dawny zakrystian, którego nazwiska nie pamiętam, a w drugim mełamed, Abram Kalosznik.

Nie można powiedzieć, żeby te dwie sąsiadki, mełamedowa i zakrystianowa, żyły ze sobą jak siostry, bo co tam między nimi mogło być wspólnego, ale żadnej wrogości też między nimi nie było. Przeciwnie, często jedna drugiej pożyczyła jakąś balię lub kubeł, trochę herbaty, cukru lub soli, jak to tam bywa między sąsiadkami.

A dzieci ich nawet razem się bawiły na ulicy albo na trawniku obok studni, bo oba domy miały wspólną studnię.