Jak ona tam się dostała, ta koza (niech ona będzie przeklęta!), kto to może wiedzieć? Może ją podsadził jakiś przechodzący ulicznik, a może sam diabeł? Ale mełamedowa zaczęła zaraz krzyczeć, że to zakrystianowa wpuściła kozę na jej podwórko i pewnie zerwała wszystkie gałęzie z dachu, bo koza sama nie dałaby sobie rady. I jeszcze wykrzykiwała mełamedowa, że żona zakrystiana zrobiła to nie tyle, aby nakarmić swoją kozę, lecz żeby zlekceważyć żydowskie święto.
Zakrystianowa, która, jak mi się zdaje, istotnie nie była winna, uniosła się także i zaczęła krzyczeć, że ona ma za przeproszeniem w tyłku mełamedów, ich rodzinę, kuczkę i wszystkich Żydów na świecie. Nawet nie wiem, gdzieby się w takim miejscu mogło pomieścić wszystko, co ona wtedy wyliczyła.
Na to mełamedowa odpowiedziała, że zakrystianowa powinna mieszkać w domu pod czerwoną latarnią, a nie sąsiadować z porządnymi ludźmi.
Od tego czasu zaczęło się między sąsiadkami istne piekło. Zdawałoby się, że obie te kobiety przestały żyć dla siebie, dla swego męża i dzieci, a tylko po to, aby jedna drugiej dokuczyć lub ubliżyć posądzeniem o jakieś paskudne sprawki.
Zakrystianowa miała przy swoim domu mały ogródek, w którym sadziła kapustę.
Pewnego razu podczas nieobecności zakrystianowej, ta sama podła koza (czarny rok na nią!) weszła do ogródka i zaczęła wyżerać całą kapustę.
Mełamedowa widziała to dobrze ze swego okna, ale się nawet nie ruszyła z miejsca.
„Niech diabli wezmą jej kapustę, jak wtedy dach mojej kuczki!” — myślała z zadowoleniem.
Wraca z miasta zakrystianowa i dostrzega, co się u niej dzieje. I dopiero zaczyna krzyczeć i pomstować, że to mełamedowa odwiązała kozę i wpuściła do jej ogródka. A mełamedowa zadowolona, jakby wygrała na loterii.
Innym razem mełamedowa uprała bieliznę i powiesiła na sznurach za domem. W kilka godzin później patrzy, a cała jej bielizna na ziemi.