Kto wie, może sznury były zbutwiałe i przerwały się, może wiatr był wyjątkowo silny, ale mełamedowa zdecydowała od razu, że to zakrystianowa zerwała sznurki, by zmarnować jej ciężką pracę. I znowu zaczęły się wymyślania i przekleństwa — istna obraza boska.

To były tylko takie gospodarskie drobnostki, ale później zaczęły się dziać gorsze rzeczy.

Ktoś tam naszczekał księdzu, że zakrystian się upija i że nawet widziano go w domu paskudnych kobiet.

Ksiądz zrobił mu ostrą wymówkę i zagroził wydaleniem. Wówczas zakrystianowa zadecydowała od razu, że Żydzi lubią pisać „donosy”, więc to na pewno mełamedowie napisali anonimowy list do księdza.

Wyszła więc przed dom i krzyknęła:

— Ty, suko jedna, ty parszywa Żydowico, ty chcesz pozbawić mego męża kawałka chleba, ale niedoczekanie twoje! Ja przedtem zrobię tak, że ty i twój mąż, i twoje dzieci z głodu zdechniecie!

Istotnie, od tego czasu, co zobaczy jakiegoś idącego do chederu Kalosznika żydowskiego bachorka, zaraz go potrąci lub uderzy, wykrzykując przy tym:

— Idź do drugiego chederu, bo ja was tu wszystkich, co do tego parszywca chodzicie, jak wszy powybijam!

Te pogróżki zaczynały skutkować i już niektóre matki odebrały swe dzieci od mełameda Kalosznika, aby umieścić je w drugim chederze, gdzie nie ma w sąsiedztwie takiej jędzy.

Zrazu, kiedy chodziło tylko o gospodarskie drobnostki, obaj mężczyźni, zakrystian i mełamed, nie przyjmowali udziału w tych kłótniach i nawet próbowali łagodzić rozjuszone kobiety.