Ale kiedy zaczęły się poważniejsze sprawy, znienawidzili się wzajemnie i zaczęli życzyć jeden drugiemu w sercu swoim i w słowach nagłej śmierci.
Najgorsze jednak było to, że nienawiść ta udzieliła się dzieciom zakrystiana i dzieciom mełameda.
Dzieci mełameda i dzieci zakrystiana przed tą nieszczęsną historią z kozą i kuczką bawiły się często razem i żyły dość zgodnie.
Oczywiście, jak to bywa między dziećmi, czasami się poczubiły albo trochę pobiły, ale w gruncie rzeczy nawet się wzajem lubiły.
Teraz za przykładem rodziców zaczęły dokuczać jedno drugiemu.
Zwłaszcza chłopcy. Dawniej wiedziały dobrze te łobuzy, że jak który przebierze miarkę, to dostanie wały, a teraz nie tylko czuły bezkarność, ale wiedziały, że rodzice patrzą z zadowoleniem na te ich podłe figle. W końcu zaczęli ci chłopcy rzucać na siebie kamieniami, a matki mówiły co najwyżej: ..Nie rzucaj kamieni, bo on także rzuci i ciebie zabije”. Ale żadna z nich nie powiedziała: „Nie rzucaj kamieni, bo ty jego możesz zabić”.
Tak, tak, do tego już, powiadam wam, doszło.
I oto pewnego razu stało się, co się w takich warunkach stać musiało — wielkie nieszczęście.
Pewnego dnia mełamedowa i zakrystianowa posłały swoich chłopców do wspólnej studni.
Obaj chłopcy dobiegli jednocześnie i od razu zaczęła się kłótnia.