Przerażone matki wybiegły ze swych domów, ale było już za późno.
Nim dobiegły, by ratować swoje dzieci, obaj chłopcy, bijąc się i szamocąc, wpadli jednocześnie do studni.
Kobiety oniemiały z bólu i przerażenia.
Nie tylko nie mogły się poruszyć, ale głosu nie mogły wydobyć z gardła, by wołać o ratunek.
I oto w tej chwili przechodził drogą jakiś podróżny człowiek w długim szarym płaszczu. Mówię: podróżny człowiek, bo nikt go przedtem nie widział i nikt go potem już nie zobaczył w miasteczku. Według mnie to nie był żaden człowiek, lecz Anioł Pojednania, którego Pan Bóg wysłał na ziemię, by ratować nienawiścią zatrute serca tych ludzi i ich dzieci.
Jak on te dzieci ze studni wyciągnął, tego wam szczegółowo wyjaśnić nie mogę. Może wstawił do studni stojącą obok domu zakrystiana drabinę, może założył jakiś sznur, tego nie wiem i zresztą nie o to tu chodzi. Dość że wyratował obu chłopców i matkom ich oddał.
Pierwszego wyciągnął syna zakrystiana, a matka zamiast biec do domu z przemokłym i drżącym chłopcem, stoi, patrzy i modli się głośno: „Boże Święty, Boże Miłosierny, spraw, żeby i jej syn był uratowany”.
I tak się też stało.
I wówczas ów podróżny człowiek, a właściwie ten Anioł, bo skądżeby obcy człowiek mógł wiedzieć, co się dzieje w sercach tych kobiet, przemówił. I powiedział im tak:
— Głupie, głupie i złe kobiety! Obie jesteście matki, obie w wielkiej męce rodziłyście wasze dzieci i każda by z was chciała, aby jej syn wyrósł na dobrego i uczciwego człowieka. A oto do czego doprowadziłyście swoich synów, do nienawiści i niemal do zabójstwa. Zapamiętajcie, póki jeszcze czas na skruchę i poprawę, zapamiętajcie sobie jedno: wiele na świecie jest win i wiele zbrodni, ale największym zbrodniarzem jest ten, który sieje nienawiść w sercu dziecka.