— Mariem, ja domyślałem się... ale ja nie chciałem wiedzieć. Ja odganiałem od siebie myśli, te myśli, które przychodziły do mnie ciemną nocą i spać mi nie dawały. Ja mówiłem samemu sobie: „To nie jest tak... to nie może być tak, tobie nie wolno robić takich strasznych przypuszczeń, bo inaczej ty nie będziesz mógł pracować dla szczęścia twojego dziecka”. Przebacz mi, Mariem, przecież to dla ciebie... dlatego, że tak strasznie cię kocham! — błagał, daremnie wyciągając do niej ręce.

A Mariem po długiej chwili odpowiedziała:

— Ja cię, ojcze, nie osądzam, bo Bóg nad nami jedynym jest Sędzią. Ja głupia jestem i nawet nie rozumiem, jak się to wszystko stać mogło. Ale jedno ja wiem i rozumiem, że nie ma już między nami możliwości wspólnego szczęścia i nawet wspólnego życia. Ja stąd muszę odejść na zawsze, a przed rozstaniem o jedno tylko cię poproszę. Tymi przeklętymi pieniądzmi, któreś dla mnie zbierał, staraj się wyratować, wyciągnąć z tego piekła choć jedną zgubioną przez was dziewczynę.

— Dokąd ty pojedziesz, Mariem? — wyjęczał cicho Uszer.

— Ja jeszcze nic nie wiem... Zapewnie pojadę do większego miasta i zgodzę się za sklepową10 lub choćby za służącą.

I cicha łagodna Mariem po raz pierwszy może w życiu wybuchnęła:

— Ja podła, podła jestem, tchórzliwa! Wiem dobrze, gdzie ja powinnam pójść: na ulicę lub do takiego domu, jak one, te wszystkie zagubione przez was dziewczyny! To jedno byłoby prawdziwą pokutą i może wtedy Pan Bóg naprawdę by przebaczył. Ale ja słaba jestem i tchórzliwa i takiej rzeczy robić nie mogę, bo to jest ponad moje siły. Inną więc karę musimy wspólnie ponieść. Nie będziemy już nigdy w życiu ze sobą razem, bo rozłączyła nas na zawsze — ludzka krzywda.

Mariem Pchełka w dzień później wyjechała z naszego miasteczka.

Dzięki stosunkom i wpływom akuszerki, panny Reginy Fejgin, dostała się w Warszawie do żydowskiego szpitala jako pielęgniarka i stale zamieszkała w tym szpitalu.

W jakiś czas potem wyjechał również z naszego miasteczka Uszer Pchełka.