W naszym miasteczku nie brakło plotkarzy i plotkarek, ale mimo to nikt nie odważył się poinformować pana Gawrona, jak to w czasie jego ciągłych podróży zachowywała się pani Gawronowa.

Ta bezkarność tak ją rozzuchwaliła, że zaczęła podczas nieobecności męża przyjmować wielbicieli w swoim własnym domu.

Lecz oto pewnego dnia wypędzona przez panią Idę „za pyskowanie” służąca wykrzyczała nieszczęsnemu Gawronowi całą prawdę. Przedstawiła przy tym jako dowód jakiś znaleziony czy też ukradziony list wielbiciela.

Pan Gawron dostał ataku żółciowych kamieni, a gdy wyzdrowiał, nie wychodził wcale z domu, bo wstyd mu było pokazać się ludziom na oczy.

W końcu jednak nie wytrzymał, przyszedł do mego dziadka i zaczął się gorzko użalać.

— Rujnuje mnie, dobrego słowa nie daje, nigdy nie zaśpiewa, kiedy ja o to poproszę, a ja milczę, cierpię i wszystko znoszę... Ale ten wstyd... to zgorszenie i grzech, o którym się teraz dowiaduję, tego już ścierpieć nie mogę i nawet mi nie wolno!

I pan Gawron zapłakał.

— No, cóż — wyrzekł po namyśle mój dziadek — gdyby tutaj szło tylko o marnotrawienie pieniędzy i o jej przykry charakter, powiedziałbym: „Cierp pan, może Pan Bóg da, że się poprawi”. Ale tamte rzeczy... to jest już świństwo, którego żaden porządny człowiek tolerować nie powinien.

— Więc co ja mam zrobić?! Co ja mam z nią począć?!

— No cóż, panie Gawron, u nas, Żydów, o rozwód wystarać się nie jest, dzięki Bogu, bardzo trudno...