— Nie bardzo mi się podoba, bo taki jakiś wilgotny i miękki...

— Czyś ty go macała, że wiesz, że on jest wilgotny i miękki?! — krzyknęła pani Pinkusowa.

— Nie... ale ja to czuję — odrzekła Esterka, ale zaraz potem dodała: — To nie szkodzi, że on mi się nie podoba... Ja się może do niego przyzwyczaję i ja przecież wujciowi i cioci nie mogę całe życie siedzieć na karku.

— Dobre z ciebie dziecko — wyrzekł pan Pinkus — i ja ci za to na mój własny koszt wyprawię bogate wesele.

Na tym właśnie, istotnie wystawnym, weselu zaszła pewna awantura, o której z oburzeniem opowiadano w miasteczku.

Sąsiadka Pinkusów, szewcowa, pani Rudzka, podczas uczty weselnej wetknęła głowę przez otwarte okno i krzyknęła:

— Tylko u was Żydów parchów25, może się wydarzyć takie świństwo, żeby taką łanię wydawać za obskurnego miękisza!

Wszyscy byli oburzeni, że ta ordynarna gojka miesza się do cudzych spraw i przyznali słuszność Pinkusowi, że wydał siostrzenicę za młodego człowieka z dobrej rodziny, który będzie miał po ojcu pieniądze.

Rok po roku upływał, a Esterka wciąż tęskniła za Żgowem i więcej jeszcze za dzieckiem, którego Pan Bóg jakoś nie chciał jej przysłać.

Aż wreszcie stało się tak, że znalazła swe dziecko — w tataraku...