Co rok przed Zielonymi Świątkami Esterka wybierała się po tatarak nad maleńką rzeczkę Utratę, która przepływała o jakąś wiorstę26 od naszego miasteczka. Wychodziła z samego rana i wracała pod wieczór z ogromnym koszem tataraku. Rozdzielała później ten tatarak pomiędzy sąsiadki, opowiadając przy tym zaśmiewającym się z jej głupoty kobietom różne cuda i dziwy. Opowiadała im, jak ślicznie jest teraz w lesie i jak spotkała w tym boru27 tabor cygański i jedna Cyganka za dwadzieścia groszy przepowiedziała Esterce, że będzie jeździła złotą karetą.
— Jak to! — dziwiły się sąsiadki. — Czy na świecie może być w ogóle złota kareta?...
— Jest, na pewno jest, ja w tych książeczkach, co je tatuńcio po wsiach sprzedawał, na własne oczy widziałam, jak królewna jedzie do ślubu złotą karetą...
— Tak, to jest dowód tak niezbity, że sam rabin z Góry Kalwarii28 nie potrafiłby wymyśleć lepszego dowodu... — odpowiadała z powagą Chaja Rybiarka i wszystkie kobiety tak się śmiały, że, jak później twierdziły, brzuch je bolał od tego śmiechu.
Poszła więc Esterka ze Żgowa owego pamiętnego, czwartego po swym ślubie roku nad rzeczkę Utratę po tatarak, bo następnego dnia były Zielone Świątki.
Jakżeż to przyjemnie w taki śliczny wiosenny dzień zrywać nad rzeką tatarak!
I nie trzeba od razu zabierać się do roboty, bo ma się przed sobą cały dzień Boży, którego każda godzina żyje, pachnie i przynosi nową radość i niespodziankę. Najprzód można dokładnie rozejrzeć się wokoło, nacieszyć się i nabrać dużo radości na długie dnie powszednie w szarym, smutnym miasteczku.
Z przyrzecznych łęgów uśmiechają się przyjaźnie do Esterki kwiaty mnogie i rozliczne.
Złote, strojne dziewanny kiwają godnie głowami niby łączne gospodynie.
Błękitno-czerwone kąkole przebłyskiwają przez trawę jak małe płomyki, a drobno-biała kaszka chwieje się nieustannie w lekkim wietrze.