— Ciekawa rzecz, czy taką kaszkę można ugotować i zjeść z mlekiem? — myśli Esterka.
Najwięcej jest nenufarów, bo te łąki przyrzeczne i mokradła to przecież ich własne królestwo.
I te ptaki, raz po raz nad rzeką przelatujące, i te ryby wychylające ciekawie z wody swe łebki — dokąd one tak lecą lub płyną? Może w okolice Żgowa, a może dalej, w świat nieznany, daleki?
Nacieszywszy tak swoje oczy, można się potem wykąpać w rzece, pofiglować rozkosznie z sobą samą i z wodą. Potokiem słonecznych promieni rozedrgana jest rzeka. Promienie te dziwnie misternie splatają się ze sobą w sieć świetlistą, ruchomą, która zdaje się pląsać po powierzchni wody.
Już nie ma Esterki ze Żgowa — zamieniła się w rybę.
Płynąc, rozpruwa raz po raz świetlistą sieć promieni i cieszy się z tej psoty.
Pluszcze zawzięcie rękami i nogami i patrzy, jak bryzgi wody wystrzelają w górę, mieniąc się wspaniale w słońcu.
Esterka nie myśli o niczym, nawet zapomniała, że przyszła tutaj po tatarak. Nie dość ma wody, nie jest jeszcze zupełnie rybą, bo ryba musi siedzieć z głową w wodzie... ot tak... daje więc nurka, woda wchodzi jej w usta... więc zmuszona jest wychylić głowę i wypluć tę wodę. Podpływa bliżej brzegu, tam, gdzie jest tak płytko, że można na wznak położyć się na piasku i odpocząć. Lecz już po chwili biegnie znowu na środek rzeki, rękami rozbryzguje wokół siebie przepyszny krąg, a sama pośród tego kręgu jest biała i różowa jak kwiat przysłonięty srebrnym welonem deszczu.
I taką właśnie dostrzega ją Jan Michcik, syn starego rybaka Michcika, co przyszedł tu ryby łowić, w zastępstwie ojca.
Młody Michcik nie namyśla się długo. Myślenie w ogóle nie należy do jego ulubionych zajęć. Szybko zdziewa ze siebie koszulę oraz płócienne porcięta i wchodzi do wody. Podpływa do Esterki i znienacka otacza ją silnym swym ramieniem.