— Kiedy, proszę pana, ja się tak wstydzę...
— Możesz mi mówić po imieniu. Ja nazywam się Jan Michcik, a dla ładnych, jak ty, kobiet — Jasio. A tobie jak na imię?
— Esterka.
— Dosyć ładne imię, chociaż żydowskie — mówi Michcik. — Przysuń się do mnie, Esterko, albo lepiej ja się do ciebie przysunę, bo muszę ci coś powiedzieć na ucho...
Jan Michcik znany jest z tego między kolegami, że nikt tak ładnie jak on nie umie przemawiać do kobiet.
— Mój ty kwiatuszku pachnący — szepce do ucha Esterce — włosy masz takie złociutkie jak słońce, a nie czarne i kudłate, jak inne Żydówki. I na ciele jesteś udana, jak ta łania. Strasznie mi się podobasz, Esterko!
Esterka otwiera szeroko oczy cieszy się i dziwi.
Dziwi się, że jest ładna, bo dotychczas mówiono tylko o jej głupocie, zaś o urodzie, nie wyłączając męża Chaima, nikt słowem jednym nie wspomniał, i cieszy się, że tak ładnie i delikatnie do niej przemawiają.
Esterka ogromnie lubi, żeby na świecie wszystko było „ładne” i „delikatne”.
Michcik przyciąga ją jeszcze bliżej i całuje w usta.