— No, cóż ty takiego mądrego obmyśliłaś i postanowiłaś, Esterko? — próbował żartować teść, choć w gruncie rzeczy był niespokojny i zakłopotany.

A Esterka, nie zwracając uwagi na tę przerwę, mówiła dalej:

— Ja nie chcę uciekać z tego domu jak złodziejka, więc wam powiem całą prawdę. Ja wracam do Żgowa, będę tam mieszkała sama, będę chodziła po okolicznych wsiach i sprzedawała różne rzeczy jak mój tatuńcio. Mnie tam ludzie pewnie jeszcze pamiętają. Pieniądze na towar i drogę już mam. W nocy, jak wy spaliście, wzięłam dwieście rubli z kantorka, gdzie leżą pieniądze za drzewo. Miałam prawo, bo to nawet nie cały mój posag. Reszta niech wam będzie na zdrowie. Złote kolczyki i pierścionek, coście mi dali jako ślubny prezent, znajdziecie w tym kantorku. Mój zielony kuferek już zapakowałam, zaraz po niego przyjdzie Szmul tragarz, bo jeszcze teraz nie udźwignę.

Oczy jej na chwilę złagodniały, gdy zbliżyła się do Chaima i powiedziała:

— Żegnaj, Chaimie, to nie twoja i nie moja wina, że takie, a nie inne było nasze życie!

Zdziwieni i przerażeni teściowie nie wiedzieli, czy powinni ją zatrzymywać.

Z jednej strony, zadowoleni byli, że im taki wstyd zejdzie z oczu, z drugiej strony, która inna dziewczyna, oprócz głupiej Esterki, zgodzi się wyjść za mąż za ich syna? No i jakoś im było żal Esterki... zawsze przecież — sierota...

— Jak ty sobie sama jedna dasz radę na świecie — zaczęła ubolewać, na wpół dla formy, na poły szczerze, teściowa.

Esterka zmierzyła ją tym swoim nowym, rozumnym i surowym spojrzeniem.

— O mnie się nie kłopoczcie! Ta głupia Esterka już nie żyje. Ona umarła razem ze swoim zamordowanym przez was dzieckiem. A ta druga, ta nowa Esterka, da sobie radę na świecie. Nauczyliście ją wy, ludzie, rozumu.