Hanusia jest teraz dorosłą, zamężną i nawet dość zadowoloną ze swego losu kobietą.

Dlaczegóż więc teraz, kiedy w ogródku jej willi pod Londynem zakwitną bzy, ma łzy w oczach i w uszach jej brzęczy, niby złocisty owad, to krótkie słowo... nic... nic...?

A może jednak to nie było „nic”, a coś, co zawiędło i umarło przedwcześnie, jak owe nierozkwitłe bzy, które rwała razem z Romkiem w wiosennym ogrodzie pana Kobiałki?

Josele — brat niedźwiedzia

W naszym miasteczku w wieczór purymowy54 starsi chłopcy z chederu i młodsi robotnicy oraz rzemieślnicy przebierali się i chodząc po zamożniejszych żydowskich domach, urządzali widowiska, przeważnie biblijnej treści.

Czasami odgrywali różne scenki humorystyczne, ułożone przez nich samych lub nieznanych domorosłych dramaturgów.

Role kobiece odgrywali również chłopcy, przystrojeni w suknie i kapelusze, skradzione lub wyżebrane u sióstr i matek, przy czym każdy taki chłopiec miał w ręku papierowy wachlarz lub parasolkę, którą w patetycznych momentach wymachiwał jak woźnica batem.

Poważną rolę w tych wszystkich widowiskach odgrywał niedźwiedź, chłopiec ubrany w wywrócony kożuch i prowadzony na łańcuchu przez Cygana.

Zdawałoby się, że niemy niedźwiadek ma najniewdzięczniejszą rolę. Było zaś wprost przeciwnie: sprawdzało się tutaj powiedzenie, że „dla dobrego aktora nie ma złej roli”.

Zaiste Abram, syn tragarza Szmula, był, jeśli się tak wyrazić można, „genialnym niedźwiedziem”. Pomruk jego, gdy karał przestępców, był taki groźny, że mrowie przechodziło słuchaczy, a gdy oblizywał językiem rany niewinnej ofiary, mruczał tak łagodnie i kojąco, jak matka śpiewająca swemu dziecku kołysankę. A kiedy pokazywał sztuczki, pomrukiwał tak wdzięcznie i figlarnie, że pozazdrościć by mu mogła niejedna teatralna trzpiotka.