W naszym miasteczku nie było teatru lub kina, toteż nawet dorośli z przyjemnością przypatrywali się purymowym widowiskom, a cóż dopiero mówić o dzieciach.
Po purymowej kolacji stawała zwykle w progu jadalni kucharka Chana i mówiła:
— Proszę pani, przyśli purymspyler55 i proszą, aby ich wpuścić.
Babka, aby podroczyć się z dziećmi, pytała z udanym wahaniem dziadka:
— Jak myślisz, Natanie, wpuścić tych łobuzów?
— Babciu kochana, złota! — rozlegały się błagalne nasze głosy, a dziadek, również dla żartu, namyślał się niby przez chwilę, nim odpowiedział:
— No, cóż zrobić... niech ich Chana wpuści...
Odsuwano pośpiesznie stół, by utworzyć scenę dla aktorów. Dzieci, rodzice i dwaj żołnierze z koszar, zaproszeni według dawnego zwyczaju na świąteczną kolację, zasiadali dokoła, a we drzwiach stała służba oraz kilku biedniejszych sąsiadów i sąsiadek, do których nie zachodzili purymowi aktorzy.
Zaczynało się przedstawienie. My, dzieci, wstępowałyśmy nagle w krainę cudów i dziwów wszelakich. Duszę naszą ogarniała błogość słoneczna i błękitne zachwycenie. Jawą stawała się nagle legenda biblijna i bajka.
Nigdy już potem w prawdziwym teatrze nie śmieliśmy się tak szczerze, nie cierpieliśmy tak boleśnie, nie oburzaliśmy się tak na nędzników i nie triumfowaliśmy tak radośnie z bohaterami, jak na owych widowiskach purymowych.