W dwa lata później Abramem (niedźwiedziem) zaopiekował się pewien student, który przyjechał do rodzinnego miasteczka na wakacje. Zaczął go uczyć, potem wystarał się dla wyjątkowo zdolnego chłopca o jakieś stypendium i Abram wstąpił zrazu do gimnazjum, a później, skończywszy sześć klas, do szkoły dramatycznej w Kijowie.
Raz do roku przyjeżdżał do rodzinnego miasteczka i występował wtedy w dużej sali przy restauracji Cementa jako deklamator i monologista, a ludzie z naszego miasteczka zapełniali szczelnie tę salę, podziwiając i oklaskując byłego purymowego aktora.
Josele, który już wówczas zaawansował na czeladnika krawieckiego, chodził jak nieprzytomny. Szczęśliwy, upojony powodzeniem brata, o nim tylko mówił i myślał.
W dzień pracował u majstra, a w nocy czyścił, przerabiał i nicował57 ubrania brata, „bo przecież wielki artysta musi być zawsze elegancko ubrany”. A że miłość cudów dokazać potrafi, Josele, ten małomiasteczkowy krawczyk, który frak widział tylko w żurnalu mód męskich, uszył swemu bratu nieposzlakowanego kroju i fasonu garnitur frakowy.
Tak przynajmniej utrzymywał jego brat, Abram, bo ludzie w miasteczku nie mogli o tym sądzić.
Materiał kupił Josele w sklepie pana Dawidzona za swoje ciężko zapracowane pieniądze.
Dwa lata później ów Abram Słowik, który zdążył już się przeobrazić w Anatola Sołowiowa, został na stałe zaangażowany do rosyjskiego teatru w Kijowie.
I tak dziwnie zrządził przypadek, że ów dawny niedźwiedź z widowisk purymowych, debiutował w sztuce Czechowa58 pt. Niedźwiedź.
Jak każdy zresztą artysta, nie omieszkał przysłać do rodzinnego miasteczka wycinków z gazet kijowskich z wielce pochlebnymi wzmiankami o swoim debiucie.
Szczęście Josla doszło wtedy do zenitu. Latał po całym mieście z owymi gazetami i czytał je każdemu, kto chciał i nie chciał słuchać. Miał je zawsze przy sobie, w starym pugilaresie, a w nocy, jak mówiono, kładł je sobie pod poduszkę.