Wówczas odżył w pamięci ludzi dawno zapomniany przydomek i Josele został, tym razem na zawsze, „bratem niedźwiedzia”.
Upłynęło jeszcze kilka lat i Joslowi zaczęto już swatać partie, bo był przecież porządnym chłopcem i zdolnym rzemieślnikiem, a przy pomocy posagu żony mógłby nawet pracować na własną rękę.
Nawet pan Gawron, który zajmował się stręczeniem małżeństw tylko w zamożniejszej sferze kupieckiej, zwrócił uwagę na Josla.
— Dla ciebie, Josele, zrobię wyjątek i wykieruję cię na człowieka! — mówił łaskawie, klepiąc go po ramieniu.
Lecz Josele odpowiedział:
— Dziękuję panu, panie Gawron, za dobre serce, ale ja się nie ożenię.
— Słyszane to rzeczy — krzyknął oburzony Gawron — żeby Żyd został starym kawalerem?! Przecież to jest grzech i obraza boska!
Josele pokornie milczał.
— Dlaczego ty właściwie nie chcesz się żenić? — indagował pan Gawron.
— Ja muszę żyć dla mego brata, wielkiego artysty.