— Bo widzi pan, mój brat miał grać główną rolę w sztuce norweskiego pisarza... zapomniałem, jak się ten pisarz nazywa... Więc on chciał poznać tamten kraj i tamtych ludzi, żeby człowiek, którego on przedstawia, był prawdziwy Norweg, a nie na przykład Żyd albo Polak. On miał, czy też pożyczył pieniądze, lecz brakowało mu kilka setek. Ale ja, Josele, jego brat, miałem. I dzięki temu on mógł pojechać nad te fiordy i on mógł tak zagrać tę rolę, jak pewnie nikt inny przedtem nie zagrał. A gdybym ja miał żonę i dzieci, to, pytam się pana, panie Gawron, czy ja miałbym prawo posłać mu te pieniądze?

— I całe życie myślisz tak harować na brata?

— Ja teraz mało mam, więc mało mogę mu pomagać. Ale ja już sobie postanowiłem, że pojadę do Łodzi, tam się ludzie na mnie poznają, łatwo znajdę wspólnika z kapitałem i otworzę własny zakład krawiecki. Wtedy mój brat nie będzie miał żadnych kłopotów pieniężnych. Będzie mógł myśleć tylko o tym, żeby grać pięknie, jak najpiękniej w świecie.

— I co komu z tego przyjdzie? — zapytał pan Gawron.

— Jak to: co komu z tego przyjdzie?! Jak mój brat będzie grał, to ludzie będą patrzeć i słuchać, i radować się, i cierpieć, i oni wtedy będą czuli, że mają duszę, nieśmiertelną duszę. Czy pan tego nie rozumie, panie Gawron?

— Nie, nie rozumiem, ale jedno zrozumiałem! Ja ciebie już nie będę swatać, choćbyś mnie o to na kolanach prosił! Po co ja mam unieszczęśliwiać jakąś porządną żydowską dziewczynę? Ja już widzę, że z ciebie nigdy już nie będzie człowiek. Ty na całe życie pozostaniesz Josele-brat niedźwiedzia.

I cisnąwszy mu ten przydomek jak najgorszą obelgę, pan Gawron odszedł.

W czternastym roku, w kilka miesięcy przed wojną światową, w pismach rosyjskich zjawiła się następująca wzmianka:

TRAGICZNY ZGON MŁODEGO UTALENTOWANEGO ARTYSTY

W gabinecie Grand Hotelu znany milioner Sałazkin podejmował z okazji swych imienin wesołą kompanię.