Przez cały tydzień przychodził regularnie, punktualny i pracowity jak dawniej, lecz taki obcy i daleki, taki wyniośle obojętny, że nikt nie śmiał zbliżyć się do niego ze słowem pociechy.
Po tygodniu Josele zniknął znowu na kilka dni i znowu powrócił do warsztatu, ledwo trzymając się na nogach, bo był zupełnie pijany. Pobił chłopca, zwymyślał majstra i pociął na drobne kawałki rozłożony na stole materiał.
Majster cierpiał tak dość długo, przez wzgląd na dawne zasługi Josla; miał przy tym nadzieję, że Josel się opamięta i poprawi.
Ale Josele nie tylko się nie poprawiał, ale stawał się coraz niemożliwszy. Pracowity, zdolny rzemieślnik przemieniał się stopniowo w nałogowego pijaka i awanturnika.
Toteż majster stracił w końcu cierpliwość i wymówił Joslowi miejsce.
Odtąd Josele zaczął staczać się coraz niżej. Ze schludnego pokoiku u szamesowej, przeprowadził się do jakiejś rudery, gdzie mieszkał kątem, a gdy wyrzucono go stamtąd... nigdzie.
Nocował teraz w sieniach domów, w opuszczonej starej cegielni lub po prostu na ulicy.
Czasami, gdy już mu głód, a zwłaszcza brak wódki, zbytnio dokuczył, wstępował do jakiegoś domu i pytał nieśmiało, czy nie ma dla niego roboty.
Robota się przeważnie znajdowała, bo w każdym domu są łachy do nicowania, czyszczenia, do przerabiania z ojca na syna, ze starszego na młodszego brata.
Lecz ledwo otrzymał pieniądze za swoją robotę, a kiedy jakaś nieostrożna gospodyni dała zaliczkę, to i przed ukończeniem roboty, Josele znikał.