I znowu zjawiał się na ulicy pijany, ku uciesze gawiedzi i ku oburzeniu statecznych obywateli, bo pijany Żyd jest wstydem nie tylko dla siebie samego, ale i dla całego swego miasteczka.

Biedny Joslu, nieszczęsny „bracie niedźwiedzia”, dlaczego nie umarłeś w tej samej chwili, kiedy rozwiała się twoja legenda o wielkim artyście, który uświadomić miał ludzi, że mają nieśmiertelną duszę?

Sulamita — nasza wariatka

Wiadomym jest, że każde prawie miasteczko żydowskie ma swego wariata lub wariatkę. Ci wariaci mieszkają nie wiadomo gdzie, żywią się nie wiadomo czym i jakoś mimo wszystko żyją długie lata. Czasem westchnie nad nimi jakaś litościwa dusza, czasem porządny obywatel wytarga za uszy już zbytnio dokuczającego wariatowi łobuziaka, ale nikt naprawdę nie opiekuje się nimi, nikt nie stara się ich umieścić w zakładzie dla obłąkanych. Wszyscy są przekonani, że jest to w porządku, iż wariaci włóczą się po mieście jak bezdomne psy, bo... to Pan Bóg już tak dopuścił, że każde żydowskie miasteczko musi mieć swego wariata lub wariatkę. Wydaje im się niemal, że inaczej by w miasteczku czegoś brakowało...

Na przykład Chaja Rybiarka, powróciwszy od swojej siostry z Kałuszyna, mówiła: „To jest jakieś dziwne miasto, ja tam nie widziałam ani jednego wariata”...

Myśmy w naszym miasteczku byli prawie dumni z naszej wariatki, bo odznaczała się ona wyjątkową urodą. Tak jest, mimo nędzy, brudu i łachmanów, pokrywających jej ciało, była nasza Szelames60 tak wspaniale piękna, jak zapewne ongi61 nałożnica królewska — Sulamita.

Szelames była zawsze przystrojona w jakieś, na śmietnikach pozbierane, na wpół potłuczone sznury pereł i paciorków, spłowiałe, podarte wstążki i stare, rozstrzępione kwiaty od kapeluszy. Te żałosne fatałaszki, które potrafiłyby ośmieszyć i zeszpecić każdą inną kobietę, przystrajały ją naprawdę, nadawały jej jakiś wdzięk dziwaczny, lecz niezaprzeczony. Nawet najprostsi ludzie dostrzegali i odczuwali królewską urodę tej kobiety.

Wiejska gospodyni, sprzedająca owoce na rynku, powiedziała do mnie kiedyś: „Wy tutaj macie naprawdę ładną wariatkę, nie tak jak w Lasku, gdzie strach spojrzeć na ich »głupią«. Ja jej nawet dałam dwa jabłka”. Jeżeli teraz w ostatecznym swoim poniżeniu Sulamita była jeszcze piękna, jakżeż cudowna być musiała w osiemnastym roku życia ślicznie ubrana jedynaczka bogatego kupca Kuliszera. I właśnie ta jej nadzwyczajna uroda stała się dla niej źródłem nieszczęścia i klęski. Bo czyżby inaczej na Żydóweczkę z małego miasteczka zwrócił uwagę młody, z dobrej rodziny szlacheckiej pochodzący inżynier, odbywający jako porucznik artylerii swą służbę wojskową? Gdyby była przeciętnie przystojna, może by nawet pod wpływem małomiasteczkowej nudy zawiązał jakiś flircik z „apetyczną Żydóweczką”, nie przywiązując do tego romansu wielkiego znaczenia. Ale Sulamita była tak nieposzlakowanie, tak dostojnie piękna, że potrafiła wzbudzić prawdziwą poważną miłość.

Spotkali się przypadkowo w ogrodzie pana Kobiałki. Porucznik kupował kwiaty dla pani sędziny, do której zaproszony był na obiad, Sulamita dla siebie, bo nie potrafiła żyć bez kwiatów. Nie wiem, co powiedział młody porucznik do Sulamity i co mu ona na to odrzekła. Może patrzyli tylko w milczeniu na siebie z uśmiechem na ustach i radością w duszy, lecz najprawdopodobniej serca ich ogarnęło bolesne i trwożne przeczucie, bo takie najczęściej bywają narodziny wielkiej miłości. Od tego czasu pan Kobiałka pozyskał dwoje stałych i codziennych klientów. Była przecież w tym ogrodzie taka przytulna, darnią obrosła ławeczka, stokroć piękniejsza od buduarowej62 kanapki, a nad tą ławeczką rosła ogromna, kwitnąca lipa...

Spadały płatki okwitającej lipy na głowy kochanków jak wonne łzy szczęścia i były w ogrodzie pana Kobiałki liliowe heliotropy63, o woni niebezpiecznej i zdradzieckiej, oszałamiającej głowy jak najmocniejsze wino.